Film


    Avengers: Age of Ultron

    Fantastyka » Film » Film
    Autor: Serenity
    Utworzono: 15.05.2015
    Aktualizacja: 17.05.2015

    Żadnego filmu w tym roku tak bardzo nie oczekiwałam (no dobra, jednego wyglądam bardziej, ale jego premiera nastąpi dopiero w październiku), jak Avengers: Age of Ultron. I kiedy już w końcu go obejrzałam, poczułam się zawiedziona. Bo nie był dobrym filmem.

    UWAGA! TEKST ZAWIERA MNIEJSZE LUB WIKSZE ODNIESIENIA DO FABUŁY, WIC, JEŚLI NIE LUBISZ SPOILERÓW, NIE CZYTAJ. IDŹ DO KINA, A POTEM SKOMENTUJ.

    Spójrz ta scena dobrze będzie wyglądać w 3D

    Zacznę może tę recenzję nietypowo, bo od kwestii oprawy wizualnej i strony technicznej filmu. Pierwsze, co nasunęło mi się na myśl po seansie – Avengers: Age of Ultron jest produktem zrobionym konkretnie pod 3D i bardzo to widać. Ja wiem, że obecnie siłą napędową kina jest trójwymiar i wszyscy twórcy uderzają w tę technologię, jednak Marvel do tej pory tworzył w fazie drugiej takie filmy, które prezentowały się dobrze zarówno na seansie zrealizowanym za pomocą tradycyjnej sztuki filmowej, jak i w 3D. Tymczasem, przy drugiej odsłonie Avengers, jakby cofnęli się w rozwoju do czasów Avatara, gdzie pewne sceny kręciło się specjalnie pod trójwymiar, co szczególnie mocno widać na seansie w 2D.

    Tak jest z jedną z otwierających scen; w czasie ataku na Sokovię, gdzie grupa bohaterów pokazana jest równocześnie i jednocześnie przebywa terenową przeszkodę. W tym samym momencie dostajemy slow motion i, gdybyśmy wybrali seans 3D, na pewno byłaby to jedna z ładniej wyglądających sekwencji. Podobnie jest z resztą;  w dalszych kilku, a nawet kilkunastu ujęciach – spowolnienie, żeby widz oglądający Avengers w trójwymiarze mógł nacieszyć oko wyraźnością tego efektu. Tymczasem, ludzie, którzy, podobnie jak ja, z jakiegoś względu wybrali oglądanie filmu w tradycyjnej technologii, mogą dokładnie wskazać sceny, przygotowane pod 3D.

    Z produkcją tego filmu pod trójwymiar (kiedy dystrybutorzy nie wymuszają wyboru seansu w „trzy dy”) wiąże się jeszcze jedna wada strony wizualnej – strasznie widoczne były wszystkie niedociągnięcia związane z efektami komputerowymi. Miejscami postacie aż za mocno odcinały się od tła, w pewnym ujęciu w Seulu quinjet nazbyt wyraźnie wyglądał na niedokończony model, a w sekwencji ataku na fortecę von Struckera część rzeczy wyglądało na absolutnie odrealnione. Dlaczego tak się stało? Nie z powodu niskiego budżetu, tylko właśnie wyprodukowania tego filmu stricte pod 3D. Trójwymiar zawsze pewne niedociągnięcia zamaskuje, tam troszeczkę rozmyje tła, tu sprawi, że widz zapatrzy się w zupełnie inny punkt i nie zwróci uwagi na coś na drugim lub trzecim planie.

    „Na początku był chaos...”, czyli rzecz o fabule

    Przejdźmy teraz zatem do najważniejszej dla mnie kwestii, czyli zagadnień związanych z fabułą. I tutaj mam najwięcej zarzutów do Jossa Whedona, który nie dość, że reżyserował ten obraz, to był również jego scenarzystą.

    Zacznijmy może od tego, że za całością kryje się jakiś pomysł i był to pomysł prosty – po raz kolejny pokazać Avengersów we wspólnym filmie, dodatkowo zacząć powoli dążyć do Infinity War. I głównym celem tego obrazu było wprowadzenie do historii kolejnego z kamieni, który, jak dobrze się domyślaliśmy, znajdował się w Berle Chitaurich.

    To tak bardzo ogólnikowo o fabule, bo, gdyby szczegółowo to rozpisać, okazałoby się, że mamy materiał na trzy filmy. Joss Whedon wepchnął do scenariusza tyle pomysłów, tyle wątków, że w trakcie seansu powstał niemały chaos. Nasi bohaterowie miotani są z jednego kraju do drugiego, tu walka, tam impreza, potem znowu walka, a za chwilę dostajemy kilka sielskich chwil gdzieś na wsi. Za dużo tego wciśnięto, bez pomysłu, bez ładu i składu, co doprowadziło do porwania się fabuły na kawałki, poszatkowania wątków i nie dociągnięcia niczego do końca.

    Dla przykładu, weźmy chociażby początkowe sekwencje filmu. Avengersi atakują siedzibę barona von Struckera w Sokovii, ale dowiadujemy się o tym chyba po dziesięciu albo piętnastu minutach bezładnej walki. Tak, cała produkcja zaczyna się od sceny batalistycznej i gdyby nie to, że oczy miałam cały czas wlepione w ekran, zaczęłabym się zastanawiać, czy nie przespałam jakiejś ważnej rozmowy albo wyjaśnienia całej sytuacji. Nawet, jeśli nie jesteś przypadkowym widzem, który przyszedł do kina, bo widział pierwszą część i nie ma świadomości istnienia pozostałych filmów (nie wspominając już o serialu Agents of S.H.I.E.L.D.), nawet jeśli na bieżąco śledzisz MCU, początek Avengers: Age of Ultron wprawi cię w niemałą konfuzję.

    Potem nie jest lepiej, bo po udanym rozbiciu siedziby ostatniego z głównych przywódców HYDRY, dowiadujemy się również, że Stark z Bannerem pracują wspólnie nad systemem obronnym, który mógłby wspomóc, a nawet wyręczyć Avengersów, zaś Thor ma misję odstawienia Berła do Asgardu. Ja pytam się, gdzie łączy się to z historią znaną z pozostałych produkcji MCU? Kiedy ostatni raz widzieliśmy Thora, to Loki-Odyn na pożegnanie nie rzucił mu: „A tak przy okazji, czy mógłbyś odstawić Berło Chitaurich do Asgardu?”. Whedon napakował do Avengersów tyle wątków, że żaden z nich nie został porządnie rozwinięty, a co najważniejsze, nie tworzą one spójnego ciągu logicznego z całością filmowego uniwersum.

    Starzy znajomi...

    No dobrze, skoro ponarzekałam już na fabułę i jej totalną, wewnętrzną niespójność, to może pora, by przyjrzeć się bliżej naszym głównym bohaterom. Avengersów, których widzimy w tym filmie, znamy w większości z solowych drugich i trzecich nawet produkcji, więc przedstawiać nikomu ich nie trzeba, brakuje jednak jakiegoś drobnego wprowadzenia do tego, co sprawiło, że grupa znów się zebrała. Bo spójrzcie, gdzie kończą się ich solowe filmy – Stark, w niechętnie przeze mnie wspominanym IM3, w końcu pozbywa się odłamków ze swojego serca i tak jakby rezygnuje z bycia Iron Manem; Thor, po Mrocznym Świecie, decyduje się żyć na ziemi u boku Jane, ale Agents of S.H.I.E.L.D. twierdzą jeszcze, że miejsce jego pobytu pozostaje nieznane; Kapitan Ameryka, po upadku SHIELD w Zimowym Żołnierzu, stara się odnaleźć Bucky’ego i poskładać do kupy to, co się posypało; Czarna Wdowa przez jakiś czas bawiła się w senacie. Widz chciałby zatem wiedzieć, dlaczego nagle wszyscy działają jak zgrany zespół, który co jakiś czas lata i obija lokalnych bandziorów, a w międzyczasie przeprowadza wspólne manewry. I przede wszystkim, kto albo co kieruje ich poczynaniami.

    No dobrze, ale przejdźmy do tego, co dzieje się z Avengersami w Age of Ultron, bo to chyba najważniejsze. Zacznijmy może od przyjrzenia się zespołowi. Początek przedstawia ich jako zgraną ekipę, mimo, że nie pokazano nam jak się zgrali, a potem nagle zaczyna się rozpad drużyny. Nie powiem, chwyt jest fajny, pomysł przedni i pogratulowałabym Ultronowi, że zadziałał w ten sposób, ale z drugiej strony oni właściwie nie mogą się rozpaść, bo tak naprawdę nie są zgranym zespołem. Choć walczą ramię w ramię, wykorzystując taktyki łączące ich umiejętności, to nadal są tą grupą szczególnych indywiduów, których poznaliśmy w pierwszej odsłonie. Na koniec filmu zaś część członków się wycofuje, pozostawiając tylko Kapitana Amerykę i Czarną Wdowę z potencjalnymi nowymi bohaterami.

    Skoro wiemy, już jak radzą sobie jako drużyna, to może czas, aby przyjrzeć się temu, co dzieje się z nimi pojedynczo. Stark i Kapitan Ameryka nie przechodzą jakiejś wewnętrznej przemiany, właściwie nie dowiadujemy się o nich niczego przełomowego(a nawet napięć między nimi jest jakby mniej), z resztą podobnie jest z Thorem (u którego nowością jest brak Jane przy boku, bo ta robi karierę naukową). Troszeczkę rozwinięto Hawk Eye’a, ba, agent Barton doczekał się własnej farmy, żony i gromadki dzieci, jednakże nadal bardziej jest dodatkiem do drużyny, takim piątym kołem u wozu.

    Ciekawą sprawą pozostaje kwestia Czarnej Wdowy i Bruce’a Bannera, których połączono w parę. Ok, nie bronię im, aczkolwiek im dalej w film, tym gorzej z tym romansem. Właściwie końcówka jest już tak bardzo tkliwa i romantyczna, że nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Jednakże dzięki temu wątkowi, dowiadujemy się co nieco o przeszłości Natashy, co bardzo mi się podoba, zwłaszcza, że tej postaci przez długi czas brakowało historii. Dodatkowo, odniosłam wrażenie, że ostatnia scena, w której widzimy Hulka w spadającym quinjecie, jest nawiązaniem do zakończenia pierwszego Kapitana Ameryki.

    Przez film przewija się również kilkoro starych znajomych – Maria Hill, pozostająca wsparciem logistycznym Avengersów, kiedy są na misji; Nick Fury, pojawiający się niczym duch Świąt Bożego Narodzenia na farmie Bartona, a potem w nowiusieńkim helicarrierze. Na chwilę wpada też Falcon i War Machine; ba, nawet Erik Selvig dostał swoje pięć minut na ekranie; a Heimdall zagościł w koszmarze Thora. Nikomu jednak nie poświęcono zbyt dużej uwagi i chyba wciśnięto ich, żeby co jakiś czas pojawił się ktoś kogo znamy.

    ...oraz nowi znajomi.

    Do tego wszystkiego (a jak widzicie, bohaterów jest cała masa), dokooptowano jeszcze kilka nowych „świeżych” postaci. I zaznaczę od razu – żadna z tych osób nie została odpowiednio rozwinięta.

    Najważniejszymi z nowych znajomych są bliźnięta Maximoff – Pietro i Wanda. Poznajemy ich jako podopiecznych von Struckera, a po jego upadku – pomagierów Ultrona. Przyjrzyjmy się, dlaczego Quicksilver i Scarlet Witch dołączyli do projektu Hydry. Stało się tak albowiem... ich dom został zniszczony pociskami produkcji Starka, w wyniku czego stracili rodziców. Serio, dołączyli do tajnego eksperymentu z powodu tak ogranego motywu. Naprawdę, nie mogli dostać bardziej oryginalnych motywacji? Joss, wiemy wszyscy, że lubisz grać konwencją, ale to było tak słabe, że hej. Po upadku placówki szalonego barona, bliźnięta spotykają się z Ultronem i zostają jego pomocnikami w planie zniszczenia Avengersów, potem jednak, kiedy dowiadują się, że morderczy robot chce unicestwienia życia na Ziemi, równie łatwo porzucają swojego byłego szefa i zaczynają pomagać tak wrogiej ekipie Mścicieli. I to właściwie dzieje się przed połową filmu.

    Na dodatek nie poznajemy ich bliżej. To znaczy, niby wiemy o tragedii rodzinnej, o nienawiści wobec Starka i wzajemnej trosce o siebie, ale nie mamy możliwości, aby przywyknąć do tych postaci, poczuć z nimi jakąś więź, nie mówiąc już o smutku po śmierci Quicksilvera. Naprawdę, jeżeli Joss chciał nas jakoś sprowokować do płaczu czy chociażby poczucia straty, to zrobił to w bardzo zły sposób. Albo to ja mam serce z kamienia, choć nie sądzę.

    Trzecią ważną postacią, która pojawia się w Age of Ultron, jest Vision. Niestety, jeśli ktokolwiek liczył, że otrzymamy tutaj pełnowymiarowego, ciekawego bohatera, ten się zawiódł, bo w sumie dostaliśmy kolejnego tokena do kolekcji. Smutne, ale prawdziwe.

    Obok tej trójki pojawia się jeszcze koreańska naukowiec, którą moglibyśmy nazwać matką Visiona (jeżeli Ultrona określilibyśmy mianem ojca), oraz terrorystę i przemytnika Ulyssesa Klaue, wprowadzonego tylko po to, żeby miał już za sobą pewien background, kiedy pojawi się jako przeciwnik Black Panthera.

    Ten ZŁY

    Pora teraz przyjrzeć się Ultronowi, który powinien być motorem napędowym fabuły, a nie był. Niestety, jako przeciwnik według mnie ma o wiele mniej logiczne motywacje od Lokiego, Ronana, czy nawet tego bieda-Mandaryna albo jego pracodawcy Aldricha Kiliana. Sztuczna inteligencja stworzona po to, by chronić pokój na ziemi, nagle dochodzi do wniosku, że zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa jest grupa superbohaterów, a nawet sama ludzkość. Jak na zaprogramowane kilkadziesiąt minut wcześniej AI, Ultron wyciąga tak daleko idące wnioski o wiele za szybko.

    Miałam nadzieję, że szwarccharakter w nowej odsłonie Avengers będzie bardziej złowrogi i poczuję przed nim autentyczny przestrach, jednakże został on sprowadzony do roli pajaca. Groźnego, bo groźnego, ale pajaca, rzucającego nieśmiesznymi żarcikami w bardzo starkowym stylu.

    Jednakże tym, co najmniej podobało mi się w Ultronie, była jego animacja. To robot, prawda? Tym straszniejszy, że jest z grubsza antropomorficzny. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie próbowano na siłę robić z niego człowieka i nadawać mu mimiki twarzy. A tak ruszający niby-ustami za pomocą niby-mięśni Ultron stał się dla mnie karykaturą samego siebie. Lepiej mu było, kiedy był tylko rozsypującą się kupką złomu z syntezatorem mowy – w takiej odsłonie wywołał u mnie gęsią skórkę.

    Klimat

    Największym problemem Avengers jest brak spójności klimatu. Z jednej strony mamy oczywiście całą masę humoru sytuacyjnego i słownego (impreza w Avengers Tower chociażby), z drugiej strony, oczywiście, MCU staje się coraz bardziej mroczne, jednak Whedonowi nie udało się odnaleźć odpowiedniego balansu pomiędzy dowcipem, a powagą, pomiędzy przygodą, a wstrząsaniem widzem. W związku z niespójnością fabuły i wątków, druga część Avengers ma problem z zachowaniem odpowiedniego klimatu i ogólnie odniosłam wrażenie, że większość filmu jest po prostu nijaka.

    Bardzo mnie to zabolało, zwłaszcza, że pierwsza odsłona przygód Mścicieli, której nie uważam za wielce wybitny film, przedstawia się zdecydowanie lepiej pod tym względem, . Whedon odpowiednio nadał przedstawionej tam historii epickości, połączył spore dawki humoru z powagą i oczywiście pewną porcją mroku. W Age of Ultron tego zabrakło.

    Bez fajerwerków, bez szału, bez polotu

    Właściwie, to już wielkimi krokami zbliżamy się do podsumowania. Zanim jednak do niego przejdę, dodam kilka słów na temat dwóch spraw stricte technicznych, a nie fabularnych. Po pierwsze muszę wspomnieć, że gra aktorska, mimo słabego scenariusza, stała na wysokim poziomie i to w dużej mierze uratowało ten obraz. Wydaje mi się jednak, że ci aktorzy są już tak zgrani ze swoimi bohaterami, że wejście po raz kolejny w ich skórę było dużą przyjemnością, okupioną tylko niewielkim wysiłkiem. Nowe postaci wypadły przy starych wyjadaczach dość blado – Elizabeth Olsen i Aaron Tyler-Johnson, zagrali dobrze, choć bez fajerwerków, a Paula Bettany’ego chyba jednak wolę tylko jako głos Jarvisa.

    Po drugie muzyka – fajnie, że do stworzenia muzyki został zangażowany Brian Tyler, bo w końcu stworzył dla Mrocznego Świata tak cudowny soundtrack, że po wyjściu z kina cały czas odtwarzał mi się w głowie. Muzyka w Avengersach niby się pojawiła, jednakże bardzo szybko uleciała mi z pamięci i nie potrafię nawet jej sobie przypomnieć.

    Podsumowując, trzeba powiedzieć, że Avengers Age of Ultron to słaby film. Nie spełnił moich oczekiwań, trailery pokazały najlepsze sceny i nastawiły mnie na coś innego, niż dostałam. Nie powiem, że się nudziłam, bo nie było czasu, jednak ten film ma zbyt wiele wad, by móc określić go jako dobry. Jeżeli nastawiacie się tylko na czystą komercyjną rozrywkę, z dużym budżetem – idźcie, nie stracicie na tym. Jednak jeżeli chcecie filmu, wpasowujący się w spójne MCU, to myślę, że zawiedziecie się mocno w związku z tym, że brakuje tutaj pewnego ciągu logicznego, bez którego ta historia po prostu w wielu miejscach nie ma sensu. No i przede wszystkim, jak pewnie zauważycie, Age of Ultron w zbyt wielu miejscach po prostu kopiuje schematy z pierwszych Avengersów.



    Komentarze

    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.




    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.


    Pseudonim
    E-mail
    Treść Dostępne tagi: [cytat][/cytat], [url=http://][/url]
    Przepisz poprawnie podane słowa mnustwo orkuw