Film


    Crimson Peak. Wzgórze krwi

    Fantastyka » Film » Film
    Autor: Serenity
    Utworzono: 11.11.2015
    Aktualizacja: 11.11.2015


     
    Na „Crimson Peak” czekałam niemalże cały rok. Za dobrą monetę wzięłam pierwsze zapowiedzi i nastawiłam się na bardzo interesującą produkcję w najlepszym wykonaniu. Nie zawiodłam się i mogę powiedzieć na pewno, że film spełnił moje oczekiwania co do joty.
     
    Zanim przejdę do właściwej analizy filmu, pragnę zwrócić waszą uwagę na pewną małą rozbieżność w informacjach. Dystrybutor kinowy reklamuje „Crimson Peak” jako horror. Można to było wywnioskować również z wypowiedzi mistrza horroru Stephena Kinga na jego twitterze, gdzie określił go jako „Gorgeous and just fucking terrifying”.

    Tymczasem Guillermo del Toro od samego początku zapowiadał romans gotycki, a nie horror. Podstawową różnicą między tymi dwoma gatunkami jest fakt, że drugi z nich ma za zadanie nas przestraszyć używając istot i zjawisk nadprzyrodzonych, podczas gdy pierwszy  używa tych elementów jako narzędzia do opowiedzenia historii. O tym, że mamy do czynienia z romansem gotyckim wspominali również aktorzy w rozlicznych wywiadach. Dlatego proszę, nie piszcie w komentarzach: „ten film nie jest straszny, słaby horror, nudziłem się dwie godziny w kinie”, bo uznam, że po prostu poszliście na ten film przypadkiem. To tak tytułem absolutnie koniecznego wstępu.

    Historia przedstawiona w „Crimson Peak” może nie jest zbyt skomplikowana, ale jej urok polega właśnie na prostocie i niewielkiej ilości wątków. Można policzyć je niemalże na palcach i właściwie wyróżnić dwie grupy motywów, które del Toro umiejscawia w swojej produkcji: uczucia i tajemnice. Pierwsza skupia się głównie na miłości i to różnorodnie przedstawianej – przyjaźni przeradzającej się w głębsze uczucie; małżeńskiej zażyłości i namiętność oraz specyficznemu, ocierającemu się niemal o kazirodztwo uczuciu między Sharpe'ami. By jednak widz nie umarł z nudów reżyser wplótł do fabuły rozliczne tajemnice – kryje je zarówno rezydencja Allerdale Hall oraz zamieszkująca ją rodzina. Sekrety mieszają się z uczuciami i tworzą niezwykle piękną, pełną melancholii historię. Gdyby pojawiło się więcej wątków – spłyceniu uległyby relacje pomiędzy postaciami.  

    I w tym miejscu muszę zrobić małą dygresję – Crimson Peakowi zrobiono krzywdę. Jak? Materiałami promocyjnymi. Zbyt wielki fragment historii odsłonięto, za mało tajemnicy pozostało, by fabuła nie wydawała się przewidywalna. Już trailery powiedziały bardzo dużo o filmie, a kolejne klipy, coraz bardziej odzierały produkcję del Toro z zagadek i niespodzianek. Trochę szkoda, bo być może wielu z was odebrało ten film tak a nie inaczej  z tego właśnie powodu.

    Mimo jednak odarcia Crimson Peak z nimbu tajemnicy i mimo odkrycia niemalże wszystkich kart na długo przed premierą, film del Toro aż ocieka klimatem. Podejrzewam, że to zasługa naprawdę niesamowitych planów – Allerdale Hall, czyli  tytułowe Wzgórze Krwi (geez, jak ja nie cierpię polskiego podtytułu), wzbudza niepokój od pierwszego wejrzenia. Wielkie domostwo wykonane zostało z dbałością o detale – wypłowiałe tapety, długie i mroczne korytarze czy pęknięcia, którymi wypływa czerwona glinka świetnie oddziałują na widza. I jeśli dodać do tego wszystkie efekty dźwiękowe jakie może wydawać stare domostwo – skrzypnięcia, jęknięcia czy westchnięcia, wiatr hulający korytarzami – to nie da się nie poczuć gęsiej skórki.

    Poza przepięknymi sceneriami muszę wspomnieć również o niesamowicie  nastrojowej muzyce, która jest naprawdę świetnie dobrana do klimatu filmu. Crimson Peak bardzo ładnie operuje dźwiękiem i ciszą –  to jeden z niewielu filmów, które tak dobrze radziłyby sobie z tym elementem. Jednak, mimo że świetnie zgrywały się z obrazem, to żaden z utworów zaprezentowanych w filmie nie zapadł mi w pamięć, co stanowi wyraźny minus ścieżki dźwiękowej.

    Przejdę teraz do najbardziej dyskusyjnej części filmu – bohaterów. Wielu widzów i recenzentów zwracało uwagę, że to jeden ze słabszych (obok przewidywalnej fabuły) elementów Crimson Peak. I tu się nie zgodzę, bo każda z postaci jest wyjątkowa i uważam, że taki a nie inny casting pozwolił wydobyć z nich wszystko, co reżyser chciał pokazać.

    Z zapowiedzi postać Edith Cushing wydawała mi się być trochę taką damą w opałach, zakochującą się w nieodpowiednim mężczyźnie i ratowaną przez przyjaciela, który pała do niej nieco gorętszym niż tylko przyjacielskie uczuciem. A tu jednak niespodzianka, bo wbrew pozorom, ta postać ma w sobie o wiele więcej siły niż możemy podejrzewać. I mimo, że nie lubię Wasikowskiej jako aktorki, tak w Crimson Peak poradziła sobie bardzo dobrze – zwłaszcza od połowy filmu jej postać nabrała rumieńców i charakteru, dzięki czemu z konfrontacji z zaborczą i szaloną Lucille wychodziła obronną ręką.

    Z rodzeństwa Sharpe’ów to właśnie grana przez Jessicę Chastain siostra miała więcej do powiedzenia i prezentowała zdecydowanie mocniejszy typ charakteru. Od samego początku widzimy w niej zimną, zdolną do wszystkiego kobietę, a im dalej w film, tym bardziej pokazuje się ciemniejsza strona Lucille.  Powoli wychodzi z niej szaleństwo, poznajemy jej nieobliczalną twarz i możemy zdecydowanie stwierdzić, że to ona, a nie jej brat, jest czarnym charakterem w tej produkcji. Co warte zauważenia – ta postać stanowi jedność z posiadłością Allerdale Hall i poza nią traci wiele ze swojego mrocznego uroku.

    Z kolei Thomas Sharpe jest postacią zdecydowanie mniej wyrazistą niż jego siostra i niż można było się pierwotnie spodziewać. Jednak jego urok polega na byciu tym rozdartym między miłością do siostry,  a uczuciem do Edith, w której wbrew temu, co może sądzić Lucille, naprawdę się zakochał. PPoza tym co wyraźnie widać boi się sprzeciwić jedynej krewnej, ulega jej we wszystkim, nawet jeśli nie do końca się zgadza z jej postępowaniem. Wydaje się,  że grany przez Hiddlestona bohater postrzega siebie jako potwora, całkowicie odrzucając przy tym fakt, jak wielkim monstrum jest jego siostra.

    Część osób zarzuciła, że między Hiddlestonem a Wasikowską nie czuć chemii – wydaje mi się, że jest to dość niesłuszne oskarżenie. Już od samego początku, od pierwszego spotkania iskrzy między nimi (świetnie pokazuje to scena na schodach w rezydencji Cushingów) i jest tak aż do sceny przyjazdu do Crimson Peak, gdzie wszystko kończy się jak ucięte nożem. Thomas wydaje się być zbyt zaabsorbowany swoją maszyną, by dostrzegać świeżo poślubioną małżonkę. Edith też nie szuka zbliżeń – jest zafascynowana i jednocześnie przerażona Allerdale Hall, a nocne przygody z duchami skutecznie odciągają jej uwagę od męża. Później jednak ta chemia wraca, skutecznie wstrzymywana przez zaborczą Lucille, nie mogącą się pogodzić z tym, że Thomas mógłby kochać inną kobietę.

    Cóż jeszcze można powiedzieć o „Crimson Peak”? Del Toro zafundował nam prawdziwą ucztę dla zmysłów i nie mogę się już doczekać, kiedy znów zanurzę się w klimat Allerdale Hall. Uwielbiam tempo tego filmu – leniwe i niespieszne przez dwie trzecie czasu i dwu- albo trzykrotnie przyspieszające w końcówce. Podoba mi się klamrowa konstrukcja fabuły i narracja prowadzona z perspektywy Edith. Narzekać jedynie można na nietypowe, stylizowane przejścia między scenami, które w mojej opinii powodowały wrażenie „rwania się” fabuły – i to chyba najsłabszy element „Crimson Peak”.

    8/10

    Wizualna uczta uzupełniająca interesujący scenariusz i świetną grę aktorską. 



    Komentarze

    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.




    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.


    Pseudonim
    E-mail
    Treść Dostępne tagi: [cytat][/cytat], [url=http://][/url]
    Przepisz poprawnie podane słowa mnustwo orkuw