Recenzje


    D4: Dark Dreams Don't Die

    Gry wideo » Recenzje » Recenzje
    Autor: Ingmar
    Utworzono: 24.03.2015
    Aktualizacja: 23.06.2015



    Oto historia człowieka o bardzo dziwnym przeznaczeniu. Tymi słowami, w luźnym tłumaczeniu, zaczyna się opowieść z D4: Dark Dreams Don't Die. Japońska gra przygodowa, zaprojektowana z myślą o rynku amerykańskim i dystrybucji cyfrowej, jako tytuł ekskluzywny trafia na konsolę Xbox One. Czy taki osobliwy kolaż ma szansę na sukces? Zaraz się przekonamy.

    Alkoholik szuka żony

    David Young mieszka w Bostonie. Dwa lata temu zakończył karierę w wydziale narkotykowym lokalnej policji. Powód? Ktoś zamordował jego żonę, on sam dostał kulkę w głowę. Strzał, który powinien go zabić, wywołał jedynie utratę wspomnień. Szok pourazowy, jak sprawę opisał lekarz prowadzący. Dodajmy, że to łatwy sposób na wprowadzenie mocy paranormalnych do narracji. Nasz bohater potrafi przenosić się w czasie, działać w przeszłości; także w tej, w którą sam nie był zaangażowany. Tak zaczyna się narracja w Dark Dreams Don't Die.

    Mamy zatem detektywa renegata szukającego zemsty. Działającego w sposób nietypowy i luźno powiązany z prawem. Mężczyznę w średnim wieku, topiącego smutki w kolejnych butelkach alkoholu. Brzmi znajomo? Pewnie! D4 całymi garściami czerpie z popkultury amerykańskiej. Do historii kryminalnej wprowadza wątki paranormalne oraz sporą dawkę dziwności. Wychodzi z tego coś w rodzaju filmów Davida Lyncha, przede wszystkim „Zagubionej autostrady” i „Miasteczka Twin Peaks”.

    Świeżość ma charakter geograficzny. Za Dark Dreams Don't Die odpowiada japońskie studio Access Games, reżyserem gry jest sam słynny Swery65. Możemy zatem powiedzieć: to Lynch oczami Japończyków. Jeśli graliście w poprzedni tytuł tego reżysera, Deadly Premonition, to doskonale wiecie czego oczekiwać. Jest przede wszystkim dziwnie, momentami zabawnie, a momentami nudnawo.

    Kinect i QTE

    Gry przygodowe na konsolach zadomowiły się dzięki kolejnym produkcjom Telltale Games. Widać, że za D4 stoi podobna baza konceptowa. Dystrybucja cyfrowa, wyraźny podział na epizody i sezony, rozgrywka polegająca na liniowej eksploracji oraz system QTE skutecznie zastępujący prawdziwą mechanikę walki. Wszystkie te pomysły trafiły do nowej gry Swery'ego. Tym, co odróżnia D4 jest Kinect. W tę przygodówkę możemy grać za pomocą gestów! Sterowanie jest naprawdę dopracowane i wygodne. Od łagodnych wymachów i przeglądania otoczenia po szybkie sceny akcji – kamerka odczytująca ruchy gracza sprawdza się tu pierwszorzędnie. Naprawdę, warto spróbować Dark Dreams Don't Die w tej wersji. Zupełnie inne doznania.

    Na szczęście dla większości z nas – gra ma także opcję sterowania padem. Dobrze, bo więcej osób ma szansę poznać nietypowe przygody Davida Younga. Źle, bo podczas gry padem na jaw wychodzą rozmaite problemy. Zacznijmy może od poruszania się. Zapomnijcie o swobodnej eksploracji. Nasz detektyw może jedynie „przeskakiwać” między wybranymi punktami mapy oraz obracać kamerą. Do tego zresztą sprowadza się większa część rozgrywki. Oglądamy mapę, dotykamy przedmiotów, zbieramy jedzenie. Właśnie, jedzenie! Każda czynność kosztuje Davida odrobinę wytrzymałości. Aby ustać na nogach, musi co chwilę przyjmować czipsy, lizaki oraz duże ilości alkoholu. System ekwipunku nie istnieje, więc trzeba zbierać pożywienie podczas zwiedzania lokacji. I z wyprzedzeniem uzupełniać w sklepie.

    Na czym polega rozgrywka w D4? Dostajemy rozbudowane i świetnie napisane dialogi, więc w dużej mierze na rozmawianiu. Następnie mamy eksplorację połączoną z polowaniem na niezdrowe przekąski. Oraz masę pobocznych aktywności, działających na zasadach mini-gier. Jest obowiązkowe łączenie kabli z prądem, wymagające niezłej zręczności zbieranie listków koniczyny oraz bardziej typowe gry na spostrzegawczość. Do tego chyba sześć (sic!) quizów z wiedzy o samolotach. Wspominałem już, że gra toczy się na pokładzie jednego z nich? To miejsce zbrodni, które David odwiedza w ramach swoich podróży w czasie. Jedyne miejsce. Poza tym konsumuje alkohol w trzypokojowym mieszkaniu.

    Dostajemy też wreszcie wspomniane już wcześniej QTE. W całej grze są chyba tylko cztery duże sekwencje zręcznościowe. Wyglądają wspaniale, to doskonały popis humoru i kreatywności. Ale jeśli chcecie je obejrzeć, to najlepiej odpalcie YouTube'a. W grze nie ma szans – trzeba się skupić na idiotycznym, zupełnie losowym poruszaniu gałkami pada, wciskaniu triggerów oraz przycisków przednich. Nie wiem kto to wymyślił, ale chyba rzadko odpala gry wideo. Dawno nie widziałem tak źle zrealizowanych sekwencji QTE. W mniejszym stopniu tyczy się to Kinecta – tam wydają się być bardziej naturalne. Ale i tak zapomnijcie o oglądaniu tego, co właściwie dzieje się na ekranie.

    Japoński surrealizm

    Wspominałem już o inspiracjach amerykańską popkulturą, o wyraźnym wpływie twórczości Davida Lyncha. Czas to wzbogacić o kolejny zbiór odniesień – o japońską dziwność. Wszyscy znamy nietypowość tej kultury, od mangi i dziewczyn z dużymi oczami, po – powiedzmy – erotyzację fauny morskiej.

    W Dark Dreams Don't Die możemy odczuć wschodni rodowód reżysera, Swery'ego. Parę przykładów? Kot głównego bohatera, który występuje naprzemiennie w postaci zwierzęcej i ludzkiej. Artysta będący w związku o charakterze uczuciowym z manekinem. Partner Davida, niejaki Forrest Kaysen, pochłaniający podczas każdej cutscenki ogromne ilości pożywienia. W tym chaosie jedna z pasażerek samolotu, paranoiczka Deborah, wydaje się być wręcz ostoją normalności. Dla osób lubiących Japonię będzie to przyjemne zaskoczenie. Innych pewnie odrzuci. Mnie samego to nie pobudza emocjonalnie. Ot, dziwność.

    Co możemy powiedzieć o bohaterach D4? Przede wszystkim – jest ich niewielu. Nie liczyłem dokładnie, ale nie sądzę, by w grze pojawiło się więcej niż dziesięć postaci. Warto jednak dodać, że każda jest unikalna, dobrze napisana i świetnie zagrana. Dialogi to chyba najmocniejsza strona nowej gry Swery'ego. Błyskotliwe, zabawne, wciągające. No i ta muzyka! Każda postać ma własną ścieżkę dźwiękową, a do tego dochodzi kilka motywów przewodnich, w tym wyśmienity motyw główny. Udźwiękowienie stoi na bardzo wysokim poziomie, co mnie przyjemnie zaskoczyło. Powiedzmy, że zalicza się do przedziału jakości gier AAA, na którym jednak D4 się nie znajduje.

    Oprawa wizualna raczej zawodzi. Podoba mi się cel-shading oraz pomysłowe kadrowanie. Dark Dreams Don't Die zaczyna przypominać dzięki temu także komiks. Ale możliwości konsoli nowej generacji oraz silnika Unreal Engine, którego logo przewija się parę razy po ekranie, są dużo większe. Małe lokacje, brzydkie tekstury, nieciekawa gra świateł. Mogło być znacznie lepiej. Męczące staje się także patrzenie na powtarzające się animacje. Od drewnianej gestykulacji w dialogach po wtórne sekwencje interakcji z otoczeniem. Naprawdę, gra potrzebuje większej różnorodności ruchowej.

    Sezon pierwszy?

    Dark Dreams Don't Die to produkcja nietypowa. Wiem, że tekst jest aż ciężki od odniesień kulturowych, ale to wszystko jakoś się łączy. Amerykański kryminał, David Lynch, Japonia, gry przygodowe od Telltale Studios, nawet komiksowy charakter oprawy graficznej. Czuję, że D4 podważa utarte schematy branżowe, poważnie mówi o tym, o czym gry zwykle milczą: alkoholizmie, narkotykach, poczuciu winy. Pytanie tylko, czy to wystarcza. Bo zamysł artystyczny, wiadomo, wszyscy cenimy wysoko, ale przecież ważny jest także gameplay. A z tym bywa różnie. Nowa gra Swery'ego jest raczej krótka – przejście zajmuje około sześciu godzin – ale potrafi wymęczyć. Brakuje akcji, bardziej równego prowadzenia tempa.

    Co ważne – tytuł składa się jedynie z krótkiego prologu oraz dwóch epizodów. I tu mamy potężną niekonsekwencję. O ile epizod pierwszy jest ciekawy, rozbudowany i w pełni korzysta z możliwości jakie daje podróżowanie w czasie, o tyle część druga to tylko proste, liniowe przedzieranie się przez jeden korytarz w samolocie. Serio. Wygląda to tak, jakby dobrych pomysłów wystarczyło im tylko na jeden epizod. Jeden!

    Dodajmy na koniec, że gra dość optymistycznie została nazwana „sezonem pierwszym”. Nie spodziewam się jednak kolejnych. Na Twitterze mogliśmy przeczytać rozpaczliwy apel twórców, aby zacząć kupować ich produkt. Wtedy – grudzień 2014 roku – sprzedali mniej niż 10 000 kopii na całym świecie. Na kontynuację zatem nie powinniśmy liczyć. Szkoda, bo historia Davida Younga kończy się w krytycznym momencie. W przypadku gier takich, jak Dark Dreams Don't Die warto zastanowić się nad relacją jakości do ceny. Bo, owszem, cena jest niewysoka, ale też grania wystarczy jedynie na sześć do dziesięciu godzin. Górną granicę osiągniemy przy założeniu powtórnego przejścia oraz zdobycia wszystkich osiągnięć. Przy okazji – lista tych ostatnich jest po prostu przystępna, więc jak komuś zależy na szybkim tysiącu punktów, to może zainwestować w D4. Komu jeszcze polecam nową produkcję Swery'ego? Przede wszystkim graczom oczekującym doznań natury artystycznej. To dziwny, bardzo ciekawie zaprojektowany i przedstawiony świat. Świetne udźwiękowienie, doskonały pomysł wyjściowy. Realizacja pozostawia pewien niedosyt, ale jestem pewny, że Dark Dreams Don't Die może liczyć na status gry kultowej.

    Ocena: 7+/10



    Komentarze

    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.




    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.


    Pseudonim
    E-mail
    Treść Dostępne tagi: [cytat][/cytat], [url=http://][/url]
    Przepisz poprawnie podane słowa mnustwo orkuw