Varia


    Per aspera

    Fantastyka » Varia » Opowiadania
    Autor: Shinen
    Utworzono: 19.03.2012
    Aktualizacja: 02.04.2012


    Per aspera
    Pióra Kronosa Więźnia Snów


    Zmierzch z wolna usypiał ciche miasteczko Chemikalium. Niebo, zakryte ciepłym kocem smogu, nie zakłócało spokoju błyskami gwiazd. Ciche uliczki przemierzały jeszcze grupki nieposłusznych rodzicom nastolatków, szukających okazji do zarobienia na solidną naganę. To jednak było całkowicie normalne – wiadomo, młodzież musi się wyszaleć, nim się ustatkuje i przyjmie odpowiedzialność dorosłego życia.
    W tej właśnie chwili stało się coś, co mieszkańcy Chemikalium mieli zapamiętać do końca życia.
    Ciszę rozdarł, niczym nóż, ostry krzyk, a po nim następne. Wkrótce spokojną ciemność rozproszyła łuna olbrzymiego pożaru. Pożaru, nad którym unosił się okropny, mrożący krew w żyłach, histeryczny śmiech.
    ***

    Miasteczko Chemikalium budziło się do życia. Budziki rozjazgotały się radośnie, uprzedzając odpowiedzialnych ludzi, by wstali i przygotowali się do wykonania swojego codziennego rytuału pracy.
    W jednym z domów w centrum znajdował się pokój, w którym również rozległ się alarm. On jednak przerywał sen osoby, którą mało kto uznawał za odpowiedzialną. Po chwili spośród poplątanych zwojów pościeli wystrzeliła bokserska rękawica na sprężynie, idealnie trafiając w stojący na nocnej szafce zegarek. Dźwięk umilkł natychmiast.
    - Yon! - Kobiecy głos zza drzwi pomieszczenia, niestety, podjął zadanie poległego. - Znów popsułeś budzik? Wielka Technologio! To już trzeci w tym tygodniu! Myślisz, że mamy zbyt dużo pieniędzy? Ech.
    Drzwi rozwarły się na pełną szerokość, ukazując w całej, dość żałosnej okazałości sypialnię. Sprawczyni tego fenomenu - korpulentna kobieta o farbowanych na blond włosach, spod których mocno wychodziły kasztanowe drzazgi odrostów - weszła w otwarte drzwi, lustrując zawartość pomieszczenia. Wzrok intruzki przebiegł po stosach leżących gdzie popadnie niepoukładanych, zmiętych ubrań, prześlizgnął się nad biurkiem, na którym leżał rozebrany na części komputer, i w końcu spoczął na łóżku, w którym, niedbale rozwalony, leżał długowłosy młodzieniec.
    - No, dość już tego barłożenia. - Kobieta podeszła do łóżka, bocianim krokiem lawirując pomiędzy zalegającym na podłodze śmieciem. - Dziś jest ważny dzień, nie pamiętasz?
    - Ale tam ważny... zwyczajna inspekcja - wymamrotał chłopak. - Dałabyś spokój, mamo. Nie chce mi się wstawać tak wcześnie, mam jeszcze czas...
    - Jaki znów czas? - stwierdziła kobieta sucho. - Masz już piętnaście lat, a nie nauczyłeś się nawet, że kiedy przyjeżdża kierownik z Warszawy, by wybrać kandydatów do stypendium na Najwyższym Technikum, to należy się porządnie przygotować! Taka szansa powtórzy się za wiele miesięcy, a może nawet wcale!
    - Co mnie to obchodzi?
    - Nie wiem! Ale masz wstać! I to już!
    - Oj, mamo...
    - Już!
    Drzwi trzasnęły za wychodzącą matką, zaś syn westchnął ciężko, podniósł z nocnej szafki okulary i gumkę do włosów, po czym zwlókł się ze swego leża. "Cholera", pomyślał. "A miałem taki piękny sen... ale nieważne. Niebo nie może rzeczywiście być niebieskie. Wyklucza to nauka."
    Po czym szybko przetarł i założył okulary, związał ciemnozłote włosy i zabrał się do przekopywania stert ubrań w poszukiwaniu jakichś bardziej eleganckich ciuchów. Denerwowało go to, ale skoro matka życzyła sobie, żeby zrobił wrażenie na tej szyszce z Babilonu (jak w myślach nazywał stolicę), to niesłusznym wydawało mu się oponować. Było, nie było, uważała to za naprawdę ważne. "Ale, jak znam życie, to i tak mi się to nie uda" - dodał w myśli, krzywiąc się. "Oni mi nie pozwolą."
    Odnalazłszy wśród szmat czystą koszulę non-iron, garnitur i krawat, jak również parę czystych slipów i skarpet (w tej właśnie kolejności), ubrał się i wyszedł z pokoju, kierując się ku kuchni, z której dobiegał zapach synto-jajecznicy.
    ***

    - Czy mogę panu służyć czymś jeszcze? - Właściciel hotelu giął się w ukłonach, chcąc przypodobać się dyrektorowi Regionalnego Wydziału Technikum Najwyższego w Warszawie, który przybył właśnie wizytować lokalne Technazjum. - Pokój, który pan zamówił, ten czteroosobowy, posiada wszelkie wygody. Kazałem dostawić wszystko, co będzie panu potrzebne.
    - Mnie? - Otyły mężczyzna o nalanej twarzy otarł z potu łysinę, po czym spojrzał srogo na hotelarza. - Nie, no proszę pana. JA tu, proszę pana, nie zamierzam mieszkać! Ja, proszę pana, załatwiłem sobie nocleg w najbardziej luksusowym hotelu w Krakowie. To jest, proszę pana, dla obecnych, proszę pana, stypendystów, o tych tu.
    Z cienia rzucanego przez pokaźne cielsko dyrektora wychynęło czterech młodych ludzi. Ubrani byli nietypowo: w tuniki z jakiegoś dziwnego materiału o przytłumionych barwach przewiązane pasami z tworzywa znakomicie udającego prawdziwą skórę, takiejże barwy długie płaszcze i luźne spodnie. Co więcej, jak stwierdził hotelarz ze zdziwieniem, każdy był ubrany na inny kolor: zielony, pomarańczowy, niebieski i jasnoszary. Cóż, diabeł tam wie, co się teraz nosi na stolicy.
    - Ale czy to rozsądne, zostawiać tutaj czterech młodych ludzi? Wie pan, jaka ta dzisiejsza młodzież jest... - hotelarz wzdrygnął się lekko - ...nieodpowiedzialna.
    - Toż to jest, proszę pana, nonsens! - odparł dyrektor, śmiejąc się sztucznie. - To są nasi najlepsi, proszę pana, stypendyści. W całości polegam na ich osądzie w kwestii, proszę pana, doboru świeżej krwi.
    - W całości...?
    - W całości. No, to na mnie już pora. Niech pan się nie przejmuje ich rachunkiem. Gdy wrócę, to, proszę pana, uiszczę. Do widzenia.
    Słoniowaty dyrektor podał hotelarzowi dłoń do uściśnięcia, po czym wyszedł.
    - W takim razie... - hotelarz wzruszył ramionami - pozwolą panowie, że zaprowadzę ich do pokoju.

    ***

    Czekali na niego w drzwiach szkoły. Gdy tylko przestąpił próg, poczuł gwałtowne szarpnięcie, kiedy dwie pary silnych rąk chwyciły go za ramiona i popchnęły na ścianę.
    - No proszę! - Yon rozpoznał ten głos. Należał do jego najgorszego wroga, Mike'a Vandalla. - Co my tu mamy? Przyszedł wreszcie nasz marzyciel. Co tam, kuyon? Ma dziwną minę, nie, chłopaki?
    Vandall wyszczerzył zęby do swoich dwóch kolegów, którzy właśnie trzymali Yona pod ścianą. Kumpli tych młodzieniec nazywał ABS-ami – ze względu na charakterystyczną cechę w ich wyglądzie poza ogromnymi mięśniami, jaką był Absolutny Brak Szyi. Vandall różnił się od nich zupełnie: wysoki przystojniak o krótkich blond włosach i twarzy rodem z warsztatu Michała Anioła. Nic dziwnego, że leciały na niego wszystkie dziewczyny w szkole. Wszystkie, poza jedną.
    - Vandall! Puszczaj go!
    „To ona”, pomyślał Yon. „Mój rycerz w lśniącej zbroi.” U szczytu schodów wiodących na piętro szkoły stała niewysoka, czarnowłosa dziewczyna o zgrabnej figurze i delikatnych rysach twarzy. Twarzy, na której obecnie malowało się oburzenie.
    - Powiedziałam, zostaw go! - wrzasnęła dziewczyna. - No już!
    - Ja go nie trzymam... - Vandall posłał do niej jeden ze swoich uśmiechów. Ta mina powalała na kolana większość samiczek z tej szkoły. Tej akurat nie.
    - Twoje grymasy nie robią na mnie wrażenia, bęcwale. Puśćcie go.
    - Spoko... jeśli się ze mną umówsz.
    - Tak? To miło.
    Dziewczyna podeszła do Vandalla, uśmiechnięta, po czym... zdzieliła go z „liścia” po twarzy.
    - Jest jeden problem. Wolałabym ZDECHNĄĆ, niż pójść na randkę z tobą, prymitywie. A teraz wynoś się stąd, nim pan Frans dowie się o tym, co wyprawiacie.
    Chłopak pobladł. Przez moment na białej niemal skórze jaśniał jaskrawoczerwony ślad drobnej dłoni. Po chwili odzyskał kontenans, skinął na goryli i oddalił się, masując policzek. Na zakręcie korytarza odwrócił się po raz ostatni.
    - Zapamiętaj moje słowa. - Rzucił, grobowym głosem. - Ja zawsze dostaję to, czego chcę.
    - Widać nie zawsze - dziewczyna wzruszyła ramionami. - Jazda stąd.
    Vandall zniknął za rogiem. Przez jakiś czas słychać było jeszcze jego podniesiony głos klarujący coś gorylom. Dziewczyna westchnęła, po czym spojrzała na Yona, właśnie otrzepującego się z brudu, który odlepił się od rąk kumpli blondasa.
    - I jak tam? - spytała z troską w głosie. - W porządku?
    - Taak... Dzięki, Dothia - odparł Yon. - Przybyłaś w ostatniej chwili.
    - Mówiłam ci już, dla ciebie po prostu Dot. Dlaczego nie pójdziesz z tym do profesorów? Wyleciałby za to, jak dwa i dwa to cztery.
    - A właśnie że nie, bo pięć. Cztery plus VAT. Problem w tym, że wstawi się za nim mamuśka.
    - Ach, nasza kochana pani wuce dyrektor. No tak. Ale są nauczyciele, którzy się jej potrafią postawić. Pan Frans, na przykład. Od dawna szuka okazji, by wywalić gościa ze szkoły.
    - To nie takie proste. Do tego i tak wymagana jest zgoda zgromadzenia dyrektorskiego. A skoro tak, to skończyłoby się na słownym upomnieniu czy, góra, na opeerze przy całej szkole. A on by mnie post factum i tak dopadł. Nie, nie chcę się wychylać. Może mu się to znudzi.
    - Sam dobrze wiesz, że uległość tylko wzmaga w nich bestialstwo. Musisz mu się postawić!
    Yon westchnął ciężko.
    - Myślisz, że nie próbowałem? - powiedział smutno. - Parę razy doniosłem, komu trzeba. Skończyło się tak, jak można było to przewidzieć. Po nim to spłynęło jak po łódce, a na mnie się później mścili przez miesiąc. To bez sensu. Jedyna moja nadzieja w tym, że ta gruba ryba z Babilonu ugnie się pod wazeliniarstwem wuce dyrektorki i zabierze go na to stypendium. Będę miał wreszcie spokój.
    - Ale przecież ty jesteś najlepszy w mechatronice i cybermanipulacji w całej szkole! Ty powinieneś dostać to stypendium!
    - Nie liczę na to. Chodź. Zaraz zaczyna się to spotkanie.
    Dot ruszyła posłusznie za Yonem, który pomaszerował w górę po schodach, kierując się do sali konferencyjnej na drugim piętrze budynku. Po otwarciu wewnętrznych drzwi uderzył w jej nozdrza znajomy zapach dawno nie mytych toalet, znak rozpoznawczy prowincjonalnych, biednych szkółek, które ledwo co stać było na rachunki, a co dopiero zaawansowany sprzęt dydaktyczny. Czy też kosztowny remont, którego niezbędność wyzierała z każdej z licznych dziur w farbie mającej pokrywać ściany.
    - Nie rozumiem cię - odezwała się niepewnie. - Przecież to dla ciebie wielka szansa. Mógłbyś wyrwać się z tej dziury i zacząć poważną naukę. Z twoim talentem za parę lat byłbyś jednym z głównych Technologów kraju.
    - I co z tego? Musiałbym mieć wybitne układy, by dostać się na to stypendium. Tu nie wystarczy talent, a ja nie mam rodziny na ciepłych stołkach w Babilonie, w przeciwieństwie do Vandalla. Inna rzecz. Nawet jeśli dostałbym się na stypendium, co potem? Nie uśmiecha mi się tyranie w tej machinie, aż mnie ona wreszcie zwymiotuje, wypalonego i pozbawionego wszystkiego z wyjątkiem kaca moralnego.
    - Co? Przecież jako główny Technolog mógłbyś decyzjami wpływać...
    - ...na los kraju. Tak, wiem. Ale co z tego? I tak nie zmieniłbym sposobu, w jaki ten świat działa.
    Dot zatrzymała się. Jej szeroko otwarte, błękitne oczy wpatrywały się w Yona w osłupieniu.
    - Jak to...? Czemu miałbyś to zmieniać? Nasz porządek jest...
    - Doskonały. Tak, wiem, czego uczą na Wiedzy o Technokracji. Ale nie zmienia to faktu, że ten porządek jest zepsuty... zepsuty jak mechanizm, którego konstruktor nie za bardzo wiedział, co takiego robi. I który stworzył prowizorkę, która miała przetrwać parę lat. Przetrwała do dziś. Ale wciąż pozostała prowizorką.
    - Wiesz co? - Dziewczyna poczerwieniała na twarzy. - Czasem wydaje mi się, że Vandall może mieć trochę racji co do ciebie. Ty jesteś niepoprawnym marzycielem. I nic, nawet najlepsza szkoła tego nie zmieni.
    - Ha. Chciałaś mnie obrazić? To zabrzmiało jak komplement.
    - Nie odzywaj się do mnie, odmieńcu!
    Dot odwróciła się do Yona plecami i pobiegła do sali, pozostawiając chłopaka samego. Ten westchnął tylko cicho.
    - I ty też... Ech - mruknął, po czym powlókł się za nią. Jak zwykle będzie musiał ją przez wiele dni przepraszać, zanim wybaczy mu to chwilowe nieopanowanie języka. „Ale później wszystko wróci do normy.”

    ***

    - Moi drodzy! - Wicedyrektorka szkoły, pani Margaret Vandall, mówiąc, napuszała się coraz bardziej, jakby to do niej przybyli wizytatorzy. - Zebraliśmy się tutaj, aby powitać wizytatorów przybyłych z daleka, bo aż z samej Warszawy. Będą oni oceniać wasze zachowanie i postępy w nauce...
    Uśmiechnęła się do syna, który jako jedyny z uczniów siedział wygodnie rozwalony na krześle wśród grona pedagogicznego, spoglądając z pogardą na resztę stojącą na baczność w ciasnocie przed podwyższeniem w Sali Konferencyjnej szkoły.
    - ...i na tej podstawie wybiorą jedną osobę godną tego, by zostać reprezentantem naszej szkoły w stołecznym Technikum Najwyższym. Wierzę, że inspekcja wskaże najodpowiedniejszą osobę... - ponowiła uśmiech - ...i posłuży za wzór pozostałym, których odpowiedzialność i sumienność pozostawiają jeszcze trochę do życzenia. A więc powitajmy naszych czterech młodych wizytatorów! Oto Samuel A. Vael, Berthold Eruel, Thomas I. Riel oraz Uriel Honore. Powitajmy ich gorącymi oklaskami!
    Na podwyższenie weszło czterech młodzieńców odzianych w dobrze skrojone garnitury w przytłumionych, lecz żywych barwach – pomarańczowej, zielonej, błękitnej i szarobiałej. Widownia, miast oklaskami, zawrzała szeptami.
    „Co jest grane? Gdzie jest tamten dyrektor?”
    „To gówniarze! Chyba nawet nie starsi od nas!”
    „Czy to jakiś żart?”
    „Chyba sobie jaja robią.”
    ...
    - Ekhm! - dyrektorka odchrząknęła głośno. - Powiedziałam, przywitajmy ich oklaskami!
    Widownia zaczęła klaskać, wciąż jednak gapiąc się na młodzieńców i szepcząc między sobą. Wówczas jeden z nich, ten w rudym garniturze, podszedł do dyrektorki i poprosił o mikrofon.
    - Pewnie zastanawiacie się, dlaczego wizytuje waszą szkołę grupa młodych ludzi zamiast szychy z wyższych sfer. Więc powiem wam dlaczego. My jesteśmy tutaj, by całkowicie bezstronnie i bez jakichkolwiek wpływów z zewnątrz podjąć sprawiedliwą decyzję. Decyzję, która wpłynie na przyszłość jednego z was w sposób, jaki nawet wam się nie śni. Decyzję, która pozwoli jednemu z was wystartować w kosmicznym tempie ku przyszłości jaśniejszej niż jakakolwiek żarówka! I dlatego pytam was! Czy zgodzicie się na to? Czy pozwolicie, by oceniono was sprawiedliwie?
    Szum, który narastał w czasie całej przemowy, skumulował się i wydał jeden głos.
    - TAK!
    - Czy chcecie pokazać się z jak najlepszej strony?
    - TAK!
    - Więc serdecznie życzę wam powodzenia! I DO ROBOTY! Widzimy się od jutra!
    Burza oklasków wypełniła salę. Wśród wiwatujących nie brakło także nauczycieli... ale znalazł się wyjątek. Mike Vandall nie klaskał. Z miną wyrażającą niesmak wpatrywał się w twarz Yona. Twarz, na której widać było nadzieję.

    ***

    - Nie uważasz, że trochę przedobrzyliśmy?
    Zachodzące słońce słało ukośne, czerwonawe promienie do pomieszczenia na szczycie hotelowca. Na tej wysokości smogu praktycznie nie było widać, dlatego przechodzącego w róż błękitu nieba nie przesłaniała szarobura warstwa. Apartament urządzono dziwnie: na środku, w niedawno dobudowanym kominku, palił się ogień, wokół którego na wyplatanych z wikliny fotelach siedziało czterech młodzieńców w barwnych tunikach i luźnych spodniach. Pytający, ten w białych szatach, spoglądał oczyma o tęczówkach tak jasnych, że niemal białych, na kolegę w pomarańczach.
    - Czemu tak sądzisz, Tirielu? Zrobiliśmy dokładnie to, co trzeba. Musieliśmy wszak jakoś dostać się do tych uczniów. Wśród nich jest osoba będąca nowym Wybrańcem, nie zapominaj.
    - No tak, ale...
    - Słuchaj, Savael - wtrącił się trzeci, w błękitach. - To nie chodzi o to. Rzecz w tym, że powinniśmy wysyłać na przeszpiegi tę tłustą kukłę.
    - Chyba cię pogięło! - Zagadnięty poprawił rudy rękaw, po czym spojrzał na mówiącego. - Przed nim nigdy nie ujawniliby prawdziwej mocy, znając stronniczość i zakłamanie dorosłych. A my musimy mieć pewność.
    - Wiesz co, Sav? - odezwał się czwarty, dotychczas milczący. - To prawda, nie było innej drogi. Ale i tak cholernie ryzykujemy. Nie przesadzaj z ujawnianiem talentów.
    - I kto to mówi, Honuriel! To wy z Beruelem uparliście się, by dostać się tu poprzez kontrolowanie tamtego spaślaka. A ja od początku mówiłem, że zajmowanie najdroższego apartamentu w mieście przyciągnie zbyt dużo uwagi.
    - A przyciągnęło? - Honuriel strzepnął z ramienia zielonej tuniki swój długi blond włos. - Jak na razie nikt nie pyta ani o nas, ani o grubasa. I wszyscy są zadowoleni.
    - Na razie. Ale za kilka dni nawet oni muszą się skapnąć, że coś jest nie tak.
    - Wtedy pozbieramy graty i wyniesiemy się. Do tego czasu powinniśmy już znaleźć Tę Osobę.
    - No, mam nadzieję - skończył dyskusję Biały, Tiriel. - Obyśmy nie przybyli za późno. Zbliża się Przebudzenie.

    ***

    Zgrzytliwy dzwonek ogłosił koniec lekcji. Uczniowie wesoło wybiegli z sali, napełniając korytarz radosnym wrzaskiem uwolnionych z pęt. Zaraz za nimi wyszedł jeden z inspektorów, ten noszący biały garnitur. Jego spojrzenie dłużej zatrzymało się na dwojgu pozostałych wciąż uczniów, ale nie trwało to długo, nim i on opuścił pomieszczenie.
    Dopiero po tym, jak ostatni z nich znikł za drzwiami, Yon powoli podniósł się z miejsca. Starannie pozbierawszy swoje narzędzia – w tym dniu ostatnią lekcją była Mechatronika – włączył odciążacz swojego pomysłu, wrzucił o niebo lżejszy plecak na ramię i lekkim krokiem udał się w stronę wyjścia, na drugim ramieniu niosąc plecak Dot, która czekała na niego, wciąż udając lekko obrażoną.
    - Czekaj! - dobiegł go ostry, suchy głos. - Chciałem z tobą porozmawiać.
    - Słucham? - odparł, odwracając się i podchodząc do biurka, przy którym siedział nauczyciel. - O co chodzi, profesorze Frans?
    - Musimy porozmawiać. - Stary belfer przygładził siwe włosy i poruszył wąsami. - Weź sobie krzesło i usiądź.
    - Nie trzeba, postoję.
    - Jak chcesz. Ale wolałbym móc pogadać w cztery oczy.
    - Łech... Dot, mogłabyś zaczekać przed szkołą? Przyjdę dosłownie za momencik.
    - No dobrze - burknęła dziewczyna obrażonym tonem, po czym zachichotała i wybiegła z sali. Yon odprowadził ją wzrokiem.
    - Więc o co chodzi? - zwrócił się do profesora.
    - Słuchaj... Jesteś pewien, że nie masz mi nic do powiedzenia?
    - O czym, panie profesorze?
    - Doszły mnie słuchy, że ktoś cię... ekhm, nie lubi.
    - Nie lubi...? Nie. Raczej nie.
    - I jesteś pewien, że nie masz mi w tej sprawie nic do powiedzenia?
    - Tak.
    - Rozumiem - odparł nauczyciel, żachnąwszy się. - To twoja sprawa, jeśli uważasz, że sobie z tym poradzisz... Ale mam do ciebie prośbę. Nie pozwól, żeby cokolwiek sprawiło, byś utracił tę szansę.
    - Nie wiem, o czym pan...
    - Wiesz, wiesz. Nie chcę, żebyś się zmarnował na jakiejś prowincji. Ty masz prawdziwy talent, nie to, co niektórzy... To znaczy... A, nieważne. Nie będę ci kadził. Jesteś wyjątkowy. Maszyny słuchają twojej ręki, niby królik, który pojawia się w kapeluszu sztukmistrza.
    - Panie profesorze, to przecież nienaukowe!
    - I co z tego? To prawda. Masz niezwykły dar. Nie pozwól, by brutalna siła odebrała ci możliwość jego wcielenia w życie. O to tylko cię proszę.
    - Ale... ech. Dobrze. Tak zrobię.
    - Dobry chłopak. A, jeszcze jedno. Według ocen słabo sobie radzisz. Czy mógłbym cię prosić, byś wpadł do pracowni gdzieś tak pod wieczór? Chciałbym ci pomóc.
    - Ale co to ma...
    - Proszę.
    - Dobrze, przyjdę.
    - To świetnie. To do zobaczenia. Idź już, nie zatrzymuję cię.
    - Do widzenia!
    Jeszcze długo po tym, gdy drzwi klasy trzasnęły, profesor Frans wpatrywał się w nie z nostalgią w spojrzeniu.
    Tymczasem Yon wyszedł po schodach – pracownia mechatroniczna znajdowała się w suterenie – i pomaszerował raźnym krokiem ku wyjściu. Nie zauważył Vandalla, który stał obok drzwi pracowni. Nie zauważył też gniewu, jaki malował się na jego twarzy.

    ***

    - Słuchajcie. Chyba znalazłem. Nie jestem wciąż pewien, ale coś mi mówi, że jestem na właściwym tropie. Obserwujcie...
    ***

    Wieczorne powietrze było nadspodziewanie duszne i ciepłe, gdy Yon po cichu wślizgnął się do szkoły i na palcach zaczął się skradać ku pracowni. Gdy tam doszedł, profesor siedział już w sali, o dziwo, nie za nauczycielskim biurkiem, ale przy jednej z ławek. Yonowi wskazał krzesło ustawione naprzeciwko siebie, przy tej samej ławce. Lecz nim ten usiadł, pan Frans uczynił gwałtowny gest.
    - Poczekaj - stwierdził. - Nim zabierzemy się do nauki, chciałbym, byś zaciągnął rolety. Jak najdokładniej, jeśli mógłbym cię prosić.
    - Ale...
    - Bez ale. Rób, co mówię.
    Zdziwiony lekko Yon wykonał polecenie starannie, po czym usiadł na krześle z nieśmiałą miną.
    - No. Teraz możemy zabrać się do nauki.
    Profesor schylił się pod stół i wyciągnął swoją torbę. Po chwili blat zapełnił się wyciągniętymi z niej rulonami papieru.
    - A więc... czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest, że wszystkie mechanizmy, które konstruujesz, działają wyśmienicie nawet, gdy, według wszelkich przesłanek, działać nie powinny?
    - Skąd pan o tym...
    - Zauważyłem, chłopcze. To nie tak trudno zauważyć, gdy wie się, czego szukać. Czy wiesz, dlaczego tak się dzieje?
    - Nie.
    - Powiem ci. Ale muszę cię prosić, by to pozostało między nami. Zgadzasz się?
    - Jasne.
    - A więc popatrz.
    Profesor grzebał przez chwilę pomiędzy papierami, po czym wyciągnął jeden z rulonów i rozwinął go. Na papierze widniał...
    Krąg dziwnych symboli okalający jeden duży piktogram o nieznanym znaczeniu.
    Profesor rozłożył papier na stole, po czym na papierze umieścił stare radyjko kieszonkowe. Jego obudowa była połamana, a widoczna w pęknięciu kratki membrana głośniczka roztargana. Yon wyciągnął rękę ku urządzeniu, ale pod spojrzeniem nauczyciela cofnął ją. Ten zaś dotknął palcami brzegów wyrysowanego na papierze kręgu...
    I wówczas stało się coś dziwnego. Mimo widocznych uszkodzeń głośnik radyjka zaczął wydawać cichy szum, a następnie zabrzmiał czysto muzyką. Jednocześnie na oczach zdumionego Yona pęknięcia zaczęły roztapiać się i zlewać, niby spawane. To samo działo się z wszystkimi uszkodzeniami, aż wreszcie przed nimi spoczywało nietknięte urządzenie, wyglądające wręcz na nowe. Pan Frans odetchnął głęboko, oderwał palce od papieru.
    - I jak?
    - Jak pan to...
    - O tym właśnie mówiłem. Czytałeś kiedyś historie typu, na przykład, legend arturiańskich?
    - One są przecież zaliczane do bajek!
    - Pytam, czy czytałeś.
    - Oczywiście. Uwielbiam je.
    - Jaki element szczególnie?
    - No... myślę, że Merlina. Człowieka, który jednym słowem potrafił zmienić świat.
    - A co byś odpowiedział, gdybym ci powiedział, że ta historia nie jest fałszywa?
    - Co...?
    Profesor uśmiechnął się spod wąsa.
    - Co by było, gdybym powiedział ci, że to prawda, że człowiek może samym gestem zmieniać świat wokół siebie?
    - My to przecież robimy codziennie. Naszą pracą tworzymy mechanizmy, które zmieniają świat.
    - Ha! Jakże trafnie. Szkoda, że niektórzy nie są w stanie pojąć tych słów... Ale ty jesteś wyjątkowy. Ty nie musisz korzystać z narzędzi i wytężonej pracy, by zmieniać nieruchome części w żywy mechanizm. Ty jesteś w stanie uczynić to samą myślą, nie musząc się ograniczać do narzędzi znanych ludziom. Jesteś w stanie tworzyć mechanizmy, które w doskonałości dorównują niemal wynalazkom Natury.
    - Ja...?
    - Tak. Ty. Witaj w nowym świecie. W świecie technomancji.
    Yon zerwał się z miejsca, przewracając krzesło.
    - Wszelkie rodzaje praktyk magicznych zostały zakazane przez Wielki Sobór Technokratów na wiele lat przed pańskim urodzeniem! A to dotyczy również technomancji!
    - Uspokój się. To prawda. Technolodzy od dawna znają problem technomancji. Wiedzą, że jest to dar potężniejszy niż jakiekolwiek osiągnięcie nauki w tym względzie. Dlatego zakazali jej praktykowania pod groźbą kary śmierci. Ale nie zmienia to faktu, że nie wolno negować jej istnienia.
    - Więc dlaczego to miałoby mnie dotyczyć?
    - Zastanów się. Czułeś to niemal od urodzenia. Czułeś, że jest coś w tym świecie, czego technokraci nie kontrolują. Czułeś, że masz w sobie coś, czego nie ujmują sztywne ramy ich kodeksów i praw. I czułeś też, że z nimi jest coś nie tak. Że z tym światem jest coś nie tak. Że on jest zepsuty. Jak mechanizm skonstruowany przez partacza.
    - Skąd pan o tym...
    - Wiem o tym. Wiem, bo ja niegdyś też tak myślałem. Myślałem, że dzięki darowi, który mam w swoich żyłach, zdołam zmienić ten świat... ale nie udało mi się. Byłem zbyt słaby. A oni znają już takich jak ja. Zostałem... pokonany przez nich. Odebrano mi niemal całą moc. Ale ty jesteś silniejszy. Ty możesz zniszczyć ich ciepły porządek. Ty możesz zmienić świat.
    - Zmienić świat...
    - Tak. Jeśli nie odrzucisz swojego daru, jak ja to uczyniłem. Jeśli przełamiesz kajdany, jakie nałożyła na ciebie ich propaganda. To jak? Wyjdziesz i zapomnisz o naszej rozmowie, czy też usiądziesz i pozwolisz mi uczyć cię korzystać z tego daru?
    Yon przez chwilę wahał się, po czym podniósł krzesło... i ustawił je przy ławce, dosuwając je starannie.
    - Dziękuję za rozmowę, profesorze Frans - powiedział beznamiętnie. - Była bardzo pouczająca.
    - Jeśli opuścisz ten pokój, nigdy już nie poznasz prawdy. Nie nauczysz się korzystać ze swego daru. A na takich, którzy posiadają Dar, polują. Jak na zwierzęta.
    - Polują...?
    - Tak. Polują na nas. Nie zdziwiło cię, że zamiast dyrektora z Warszawy pojawili się ci czterej młodzi? Nie daj się zwieść. To na pewno inkwizytorzy. Widać dostali cynk, że uczy się tutaj ktoś posiadający Dar. Próbują cię odkryć. I zabić. Lub okaleczyć, pozbawiając cię wolnej woli i zamieniając cię w bezrozumne narzędzie. Nie pozwól, by odkryli twój dar. Nie daj się wybrać.
    - A, więc o to panu chodzi... W końcu przekonała pana pani wuce dyrektor.
    - Co...?
    - Już dawno domyśliłem się tego. Domyśliłem się, że pani dyrektor chce mnie wystraszyć, by inspektorowie nie wybrali mnie zamiast jej głupiego synalka. Więc ona kazała panu pokazać mi te jarmarczne sztuczki, aby pozbawić mnie szansy. Ciekawe, czym panu zagroziła? Utratą pracy? Żałosne. A ja myślałem, że pan mnie naprawdę lubi.
    - Yon... ja... ja naprawdę...
    - Niech pan już nie brnie dalej w tę ściemę, co? Przejrzałem pana. I powiem panu jedno. Nie pozwolę, by Vandall zgarnął coś, co mnie się należy. Nie pozwolę, rozumie pan?! Do widzenia!
    Yon wypadł ze szkoły jak burza. W głowie aż gotowało mu się ze wściekłości. „Jak on mógł? Jak on mógł... tak mnie zdradzić. Nie wybaczę mu nigdy. Chciałbym, by zadławił się tymi swoimi kłamstwami.”
    Powiał nagły wiatr. Suszył łzy, które pociekły z oczu chłopca... ale oślepił go na moment. Na tyle długi, by jakiś ciemny kształt, który czaił się za rogiem szkoły, oddalił się szybkim krokiem.
    I aby z dachu zniknęła dziwna, ludzka sylwetka skąpana w mglistym oparze.

    ***
    Nazajutrz Yon zerwał się, nim jeszcze budzik zdołał się na dobre rozdzwonić. Szybko włożył przygotowane poprzedniego dnia eleganckie ubrania: szkarłatną koszulę i jasnoniebieski garnitur, do którego założył jeszcze szarobiały krawat. Matka, która wpakowała się jak zwykle do pokoju, wpadła na niego w drzwiach.
    Po szybkim śniadaniu Yon niemal biegiem popędził do szkoły... tylko po to, by utknąć w tłumie uczniów zgromadzonych po bokach wejścia. Jego wzrok przyciągnęła karetka pogotowia stojąca za ogrodzeniem. Do niej wieziono na noszach jakiegoś siwego staruszka, całkiem sinego na twarzy. Jeden z lekarzy skreślił jakieś pole na dokumencie trzymanym na podkładce do notowania, po czym zapiął zamek błyskawiczny worka, w którym znajdował się dziadek, zasłaniając jego twarz.
    - Co się stało? - Yon spytał Dot, którą wypatrzył w tłumie i do której przebił się, nie szczędząc łokci. Ku jego zdziwieniu, dziewczyna miała łzy w oczach.
    - Yon... to straszne! - powiedziała płaczliwym głosem. - Profesor Frans... on... umarł!
    Chłopak zmartwiał. Zgrabiałymi ze strachu rękoma mechanicznie przyciągnął do siebie Dot, pozwalając jej łkać w swoje ramię.
    - To okropne... - wydusił z siebie. - Jak to się stało?
    - Nie wiem... Ponoć udusił się albo zadławił czymś. Tylko że... Yon, to straszne. Wśród uczniów chodzi plotka, że pokłóciłeś się z nim wczoraj.
    - Co...? Kto ci naopowiadał takich rzeczy?
    - Koleżanka dowiedziała się od przyjaciela znajomej, że byłeś tu wczoraj wieczorem... I ty byłeś ostatnim, który z nim rozmawiał. Podobno strasznie na niego wrzeszczałeś... Yon, ja się boję.
    - Nie bój się. Przecież nie wierzysz chyba, że coś mnie z tym łączy...
    - Nie wiem! Naprawdę nie wiem, co teraz myśleć! Pomóż mi uwierzyć! Byłeś tu wieczorem? Powiedz, że nie!
    - No, ja...
    Wzrok Yona przebiegł po twarzach uczniów. I zatrzymał się na Mike'u Vandallu, który spoglądał wprost na niego. I który uśmiechał się perfidnie. I który kiwnął mu głową.
    - Ja... tak. Byłem tu wczoraj wieczorem. Ale nie miałem nic wspólnego ze śmiercią profesora Fransa.
    - Yon... ja się boję.
    - Ja też. Ale nie przejmuj się. Prawo stwierdza, że nikt nie może być osądzony za zbr... znaczy, czyn, którego nie popełnił?
    Dot rozpłakała się na dobre. A Vandall obserwował go bacznie, wciąż uśmiechając się tym samym uśmiechem, w którym złośliwość i ironia mieszały się ze złością.

    ***
    - Panowie! Ograniczyłem listę podejrzanych do trzech osób. Są to: Michael Vandall, Dothia Ravenseye...
    - Oraz Yon Quiettlie.
    ***

    - Proszę o powstanie. - Wicedyrektor Vandall była wyraźnie załamana. Jej głos łamał się. - Uczcijmy pamięć wieloletniego nauczyciela naszej szkoły, przyjaciela młodzieży i niestrudzonego krzewiciela wiedzy o Technice, profesora Josepha Fransa, minutą ciszy.
    Cała szkoła w milczeniu oddawała hołd zmarłemu, zaś Yon myślał intensywnie. „Jak to się mogło stać? Przecież nic mu nie zrobiłem! Jedynie przez chwilę pomyślałem o tym, ale to była tylko niewinna myśl, jakich co dnia mam tysiące! To nie może być powód. Już wiem. Ktoś usiłuje mnie pogrążyć. Wykorzystał fakt, że się z nim pokłóciłem. Tak, to musi być to. Ktoś zamordował starego profesora, aby rzucić na mnie cień. Ale kto? Hm... Vandall. Tak. To na pewno on. On to ukartował. Wiedział, że nie wystarczy mu wazelina jego matki, musi się mnie pozbyć za wszelką cenę. Ty sk... Znajdę dowód, że to ty, choćbym miał go z ciebie wydusić.”

    ***

    Nigdy wcześniej lekcje nie wydawały się Yonowi tak długie i tak nieważne. Minuty wlokły się niemiłosiernie, aż wreszcie zabrzmiał ostatni dzwonek. Gdy to wreszcie nastąpiło, chłopak pozbierał się spokojnie, nie bez zdziwienia odnotowując, że Dot wybiegła z klasy nawet przed uczniami, którzy zazwyczaj byli pierwsi. Zbył to jednak, zwalając na karb stresu wywołanego przez ten „nieszczęśliwy wypadek”. W jego głowie nie było dla niej miejsca. On już planował, jak wydusi zeznania z Vandalla. Ze szczegółami widział już, jak wyciąga go z domu pod błahym powodem. Widział już dokładnie, jak skonstruowane przez siebie narzędzie tortur wgryza się w ciało ofiary w jakimś ustronnym, odludnym miejscu nieco za miastem. Widział już bladą, pozbawioną krwi twarz swojego rywala, wydobywającą z siebie żałosne dźwięki i błagania o litość. Widział już swoją maszynę, jak rejestruje dokładnie jego przyznanie się do winy. Widział przyszłość, w której był Najwyższym Technologiem swojego kraju, podczas gdy rywal gnił w więzieniu, przeklinając po wsze czasy swoją głupotę.
    Aby nabyć parę części do maszyny, którą zamierzał do tego wykorzystać, musiał nadłożyć nieco drogi, by zajrzeć do sklepu mechanicznego po drugiej stronie miasta. Spacer nie dłużył mu się zbytnio, tak był pogrążony w radosnych myślach. Niemal w mgnieniu oka, jak mu się wydawało, doszedł do sklepu. Sprzedawca wydawał się trochę nieufny, ale to chłopcu nie przeszkadzało. Gdy nabył części (nic podejrzanego, zwyczajne części rowerowe i samochodowe), przez chwilę zatrzymał się przed sklepem, by na spokojnie przemyśleć dalsze posunięcia. W końcu podjął decyzję, by udać się do domu i natychmiast zacząć pracę. Tak się przy tym składało, że najkrótsza droga ze sklepu do jego domu wypadała przez dzielnicę rozrywkową miasta.
    I wtedy, gdy szedł raźno, rozmyślając o katuszach, jakie zada rywalowi, zobaczył ją.
    Dothia siedziała przy stoliku w jednej z pizzerii. A obok niej, obejmując ją swobodnie ramieniem i dzieląc z nią namiętny pocałunek, siedział...
    Michael Vandall.
    Rywal dostrzegł go zza szyby lokalu i uśmiechnął się, pokazując mu niezajętą ręką obelżywy i lubieżny gest.

    ***

    Yon prawie nie pamiętał, jak dotarł do domu. Łzy płynęły strumieniem z jego oczu, oślepiając go, a umysł zarzucał szczegółami tego, co Dot i ten sk... będą robić, oceniając po zapale, z jakim się całowali. Gdy wreszcie odnalazł dziurkę od klucza i wpadł do domu, natychmiast zatoczył się, niby pijany, do swojego pokoju... i padł na łóżko, pogrążając się we łzach bólu, zawodu i goryczy.
    Gdy odzyskał przytomność, przez niewielkie okno zobaczył, że zapadła noc. W mieszkaniu nie paliło się żadne światło, co oznaczało, że rodzice już spali. W tym momencie wzrok jego padł na foliowy woreczek z częściami, który wciąż wisiał mu na nadgarstku. Niemal natychmiast wyobraźnia podsunęła mu skojarzenia... anteny z ostrzem... rurki z lufą... oleju z tryskającą krwią...
    Yon potrząsnął głową. "To przecież niemożliwe. Nie mam odpowiednich narzędzi. Potrzebowałbym dużo więcej części... i musiałbym to ukryć w sobie, by nie dowiedziała się o tym inkwiz... znaczy, policja... Inkwizycja?"
    Nagle przypomniał sobie rozmowę ze zmarłym profesorem. „Nie potrzebuję narzędzi, co, profesorku? Potrafię tworzyć maszyny, które nie powinny działać? Które dorównają tworom natury? Poczekaj. Ja nie tylko jej dorównam. Ja ją przewyższę.”
    Gdyby jego rodzice obudzili się w nocy, ujrzeliby syna zgarbionego nad komputerem, łowiącego w światową sieć internetu informacje o sztuce zakazanej od dziesiątek lat... Zastaliby go, topiącego w dłoni, niby lód, twardą stal... Zastaliby go, formującego, bardziej niźli rękoma, samą myślą dziwne mechanizmy.
    Ale raczej nie zobaczyliby już, jak ich pociecha unosi kuchenny nóż nad swym przedramieniem. Jak zamyka oczy i zaciska zęby tak mocno, że aż z kącika ust cieknie mu krew. I jak wbija sobie ostrze przy nadgarstku i ciągnie cięcie aż do łokcia, nie wydając przy tym najmniejszego jęku.

    ***

    - Panowie, mamy problem. Wygląda na to, że ktoś poinformował kogo trzeba o naszej obecności. Musimy przyspieszyć wdrażanie planu. Jutro musimy wybrać.

    ***

    - Moi drodzy! - Z głośników szkolnego radiowęzła wydobył się radosny głos pani Vandall. - Pragnę z radością ogłosić, że szanowni panowie wizytatorzy nareszcie raczyli podjąć decyzję. Na ogłoszenie prosiłabym wszystkich uczniów o stawienie się w sali konferencyjnej po zakończeniu lekcji. Mam nadzieję, że serdecznymi oklaskami pogratulujecie osobie, która swymi zdolnościami zrobiła na nich na tyle niezapomniane wrażenie, by uzyskać stypendium do stołecznego Technikum Najwyższego. Do zobaczenia!
    W tym momencie do drzwi sali matematycznej ktoś zapukał. Po gromkim „Proszę!” pani matematyk, do sali wkroczył dumnym krokiem Vandall.
    - Dzień dobry, proszę pani. Czy mógłbym prosić Yona Quiettlie? To bardzo ważne, wzywa go pani dyrektor.
    - Oczywiście, młodzieńcze. - Nieapetyczna nauczycielka wyszczerzyła doń swoje żółte zęby. - Jest do twojej dyspozycji. Quiettlie! Nie przysypiaj! Pani dyrektor cię prosi.
    Yon podniósł się flegmatycznie. Jego ruchy sprawiały dziwne, nieco sztuczne wrażenie. Dot dostrzegła to od razu, ale bała się doń odezwać po tym, co zaszło wczoraj. A Yon, nie wiedzieć czemu, traktował ją cały dzień jak powietrze. Jakby w ogóle nie istniała.
    - Oczywiście, pani profesor - rzekł, dziwnie przeciągając sylaby. - Już idę.
    Gdy wyszedł wraz z Vandallem z klasy, nauczycielka wzdrygnęła się. Po czym wróciła do lekcji.
    ***

    Za drzwiami stali już policjanci. Było ich dwóch - smutni goście, ubrani w odpicowane mundury wyprasowane w kant i standardowe czapki z metalowym symbolem młota i klucza na tle przekładni zębatej.
    - Pan pójdzie z nami i nie będzie stawiał oporu, panie Quiettlie. Paul, odczytaj mu jego prawa. Jest pan aresztowany pod zarzutem morderstwa profesora Josepha Fransa.

    ***

    Gabinet zmarłego profesora wciąż pozostał w takim stanie, jak pozostawił go pan Frans. „Ironia losu, że zginę na jego rzeczach”, pomyślał Yon. W to, że dwóch smutnych to policjanci, nie wierzył ani przez moment. Powiedziały mu o tym choćby miecze, które goście, miast pałek, mieli przy pasach.
    - A więc, panie Quiettlie. - Jeden z nich siedział w tej chwili naprzeciwko niego, obserwując uważnie znad opuszczonych na koniec nosa okularów słonecznych – lustrzanek rodem z „policjantów z Miami”. - Mamy na taśmie nagraną pańską rozmowę z profesorem. Niech mu ziemia lekką będzie! Ale muszę pana zapytać o jedno. Czy odbyło się więcej takich rozmów? Co jeszcze powiedział panu zmarły?
    - A czemu miałbym wam to mówić?
    - To proste. Jeśli powie nam pan wszystko i podpisze ten dokument... - smutny wyjął spod biurka torbę, z niej teczkę, a z niej plastikową fiszkę z jakimś papierem - jeszcze pan zdąży na ogłoszenie wyników.
    Smutny wskazał ekran monitora ustawionego na biurku za swoimi plecami, który pokazywał podwyższenie w Sali Konferencyjnej. Na podwyższeniu stał właśnie jakiś nieznany Yonowi grubas i mówił coś do zgromadzonej młodzieży. Ku swemu zaskoczeniu, Yon nigdzie nie widział wizytatorów.
    - To jak będzie? Powie nam pan to, czy też nie?
    - Wie pan? To niezły układ... ale mam lepszy. Pokażę panu palec - dłoń sama splotła mu się, tworząc gest zwany naukowo digitus infamis - a wy pozwolicie mi spotkać się z rodzicami i jakimś adwokatem.
    - Niech pan posłucha...
    - Nic na mnie nie macie. Całą tę rozmowę możecie sobie wsadzić w dupę, to nie będzie żaden dowód w sprawie.
    Ku jego zaskoczeniu, smutny roześmiał się.
    - Pan chyba nie rozumie, w jak głębokie szambo pan wpadł. Nie rozumie pan? To nie chodzi o śmierć tego biednego staruszka. Zarzut wobec pana brzmi: uprawianie technomancji. Kary przewidziane za to, to pozbawienie życia lub przeprogramowanie osobowości. A myślę, że żadna z tych opcji nie jest dla pana kusząca. Dlatego pytam grzecznie. Wykonując polecenie, może pan ocalić skórę i osobowość. To jak będzie? Będzie pan współpracował?
    Yonowi opadła szczęka.
    - A więc wy jesteście...
    - Tak. My jesteśmy Inkwizycją Technokratyczną.
    - Pozwólcie mi się zastanowić. Tak wiele się ostatnio zdarzyło...
    - Dobrze. Ma pan trochę czasu. Ale aby ułatwić panu szybką decyzję, zaprosiłem tu kogoś.
    Smutny wstał i podszedł do drzwi, po czym je otwarł. A za nimi stał...
    Vandall.
    - Zostawiam was samych na jakiś czas. Niech pan podejmie decyzję.
    Drzwi zatrzasnęły się za nim. Nim jednak wyszedł, wpuścił jeszcze do środka dwóch goryli Vandalla.
    Osiłki musiały dostać polecenia już wcześniej, bo od samego progu rzucili się na Yona. Jeden natychmiast chwycił go w potężny nelson umięśnionych rąk, drugi zaś zaczął okładać chłopca po podbrzuszu. Po około dziesięciu uderzeniach Vandall podniósł dłoń. Pięść zbira zatrzymała się wpół drogi.
    - Taak... Marzyłem o tym od tak dawna... I nareszcie mam tę możliwość. Nareszcie mogę zobaczyć, jak dostajesz bęcki.
    - Dlaczego? - wystękał Yon. - Dlaczego mi to robisz?
    - Może dlatego, że masz wszystko, czego ja nie mam... Może po prostu jestem zazdrosny. A może po prostu masz pecha. Kto wie?
    - To ty nagrałeś moją rozmowę z profesorem?
    - Oczywiście. Wpadła mi w ucho, kiedy słuchałem, jak to knuliście, by mnie wysiudać z posadki w stolicy. No to ją nagrałem.
    - Jak to knu... ach, tak. On faktycznie mówił szczerze.
    - No widzisz? Jednak potrafisz myśleć, a nie tylko kuć.
    - Co ty o tym wiesz?
    Vandall opuścił dłoń. Cios osiłka przygiął Yona do ziemi.
    - Heh, co za frajda. - Stwierdził, gdy żelazny uścisk drugiego mięśniaka uniósł głowę Yona z powrotem na jego poziom. - Prawie taka jak wyrwanie tej twojej ślicznotki. Jak jej tam było? Dotty?
    Yon szarpnął się, za co znów dostał bombę w brzuch.
    - Ona cię przecież nienawidzi! Jak ją zmusiłeś do tego?
    - Nie musiałem! Sama mi się zaoferowała. A jest dobra.
    Szarpnięcie. Cios.
    - Nigdy ci tego nie wybaczę. Nigdy.
    - Och, ogromnie mi przykro. Chociaż, wiesz, będąc martwym albo zresetowanym, raczej ciężko ci będzie przypomnieć sobie o tym.
    - Co?
    - Ups, niezdara ze mnie. Miałem ci tego nie mówić... ale trudno. Widzisz... niezależnie, co zrobisz, i tak skończysz na krześle elektrycznym. Czy cię zresetują, czy usmażą, to nie moja brocha, ale wiem jedno. Nawet jeśli sypniesz, i tak w najlepszym wypadku skończysz jako ich bezmózgi przydupas.
    - Nie wierzę ci.
    - A po co miałbym kłamać nieboszczykowi? Żeby ci to udowodnić, pozwolę ci zadać jedno pytanie. Jakie chcesz.
    - Dlaczego zabiłeś profesora Fransa?
    - Ja? Nie, no. Tobie się chyba ze strachu całkiem pomieszało w główce. Ja nie zabiłem staruszka. Jego śmierć, przyznaję, była mi wybitnie na rękę, ale to nie ja. To ktoś, kogo byś wcale nie podejrzewał. To twoja kochana, słodziutka Dotty. Wiesz, co mi powiedziała, jak już poszliśmy do mnie? Powiedziała, że zrobiłaby wszystko, byle cię zatrzymać w Chemikalium. Ciekawe, nie?
    Vandall zaśmiał się, zaś Yon osunął się na kolana.
    - To nieprawda... To nie może być prawda...
    - Pogódź się z tym, frajerze. To przez nią tu jesteś. A ja jadę sobie wesoło do Warszawki. Chyba będę jej musiał podziękować... I chyba już nawet wiem, jak to zrobię. Taak. To ją powinno zadowolić, he he he... Ty, Quiettlie, dobrze się czujesz?
    Po policzkach Yona płynęły łzy. On sam jednak drgał nie od łkania. Jego ciałem wstrząsał cichy, ale coraz głośniejszy śmiech.
    - Chłopaki, kuyona chyba pogięło. Weźcie go któryś butem wyprostujcie, działa mi na nerwy.
    Jeden z goryli wziął głęboki zamach, mierząc czubkiem adidasa w pierś Yona.
    But nie dosięgnął celu. Ruchem tak szybkim, że niemal umykającym oku, Yon schwytał lecący w jego stronę but i błyskawicznym ruchem... obrócił go o sto osiemdziesiąt stopni. Osiłek zawył i runął na wznak, ściskając skręconą kostkę.
    - Co jest... Ej, ty! Łap go, nie gap się jak ten kretyn!
    Wokół szyi Yona oplotło się grube jak konar drzewa ramię, ciągnąc go w górę. Chłopak, wydawało się, poddał się... ale gdy stanął na nogi, wciąż śmiejąc się histerycznie, rozdarł koszulę na piersi i szarpnął dziwny kolczyk, który był wbity w skórę na wysokości jego serca. Kolczyk pociągnął za sobą dziwny, różowy sznurek... po czym wrócił na swoje miejsce, przyciągnięty przezeń. A Yon, jak gdyby nigdy nic, chwycił umięśnioną rękę, ściągnął ją sobie z szyi i przewiesił przez ramię. Pierwszym szarpnięciem złamał kość ramienia. Drugim rzucił potężnym zbirem, niby workiem kartofli, i wyrzucił go przez zamknięte okno. Nim spadł na ziemię, wrzeszczał. Potem już nie.
    Śmiech Yona zabrzmiał na nowo. Okropny, mrożący krew w żyłach, histeryczny śmiech.
    Zanim Vandall zdołał uczynić cokolwiek, drugi z jego kolegów już nie poruszał się, z krtanią zmiażdżoną butem Yona, a jemu przed oczyma mignęła framuga okna i malejąca w dole ziemia. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że leci w powietrzu, trzymany za ubranie silną ręką. Gdy zobaczył właściciela ręki, zaczął wrzeszczeć.
    Yon zrzucił z siebie górną część eleganckiego stroju. Prawą rękę pokrywała mu gęsta sieć plastikowych rurek, kończąca się – jak się wydawało – w nadgarstku. Co gorsza, z pleców wystawała mu para czegoś, co wyglądało jak splecione z drobniutkich drucików, upierzone stalowymi piórami skrzydła. Chłopak śmiał się nieprzerwanie.
    Również wtedy, gdy z knykci lewej dłoni wystrzeliło mu półmetrowe, szerokie ostrze. I gdy to ostrze przebiło klatkę piersiową Vandalla, rozcinając serce i wychodząc z mlaśnięciem i fontanną krwi przy obojczyku.
    - Wyrównaliśmy rachunki! - warknął do zwłok swego rywala, po czym rzucił nimi w dół, gdzie roztrzaskały się o asfalt drogi niczym zgniłe jabłko.
    Sam obniżył lot, wpadając poprzez okno do głównego korytarza szkoły, gdzie śmiał się jeszcze chwilę, po czym wypuścił z prawej dłoni strugę płynnego ognia, którym spryskał wszystko, co zobaczył w zasięgu wzroku. W mgnieniu oka budynek cały stał w ogniu.

    ***

    Do apartamentu na szczycie hotelowca dosłownie wpadła postać w białej szacie.
    - Tiriel! - krzyknął Pomarańczowy, który siedział najbliżej. - Co jest grane?
    - Panowie, mamy problem - wydyszał tamten. - Piąty się przebudził. A nie potrafi panować nad swoim Darem.
    Wyciągnął rękę i palcem wskazał za okno. Okno, za którym w niebo biła już łuna ogromnego pożaru.
    - Psiakrew... włazi mi w dziedzinę - stwierdził Pomarańczowy. - Niee, to mu nie ujdzie na zimno. Bierzmy się do roboty.
    Rzekłszy to, rozbił czubkiem glana szybę kominka i wskoczył w ogień, niemal natychmiast w nim znikając. Zielony dosłownie wtopił się w fotel, w którym siedział, zaś Błękitny i Biały wyparowali.
    Pokojówka, która przybiegła zaciekawiona za postacią w bieli, wybiegła z pomieszczenia z krzykiem.

    ***

    O tym, że dzieje się coś złego, ostrzegł ją instynkt, nawet zanim poczuła zapach dymu, czy też usłyszała krzyk z zewnątrz. Przeciskała się właśnie ku drzwiom sali, gdy rozległ się wrzask, przerywając ciągnącą się od paru godzin mowę opasłego faceta, który utrzymywał, że jest wizytatorem. Któraś z dziewcząt siedzących na parapecie okna zaczęła przeraźliwie krzyczeć. I nie ona jedna, bo nagle zawył alarm przeciwpożarowy i uruchomiły się zraszacze. Wkrótce wszyscy byli przemoczeni. Wszyscy poza Dot, która natychmiast zanurkowała pod ławkę, czując dziwny, kwaśny zapach tej „wody”.
    - Dot! Co się dzieje? - Zawołała znajoma dziewczyny, nurkując za nią, ale już ociekając tym płynem. - Brr... to jest takie zimne...
    Wówczas z głośników radiowęzła popłynął znajomy głos.
    - Słuchajcie mnie, uczniowie. To nie są ćwiczenia. Podpaliłem szkołę. Teraz ustawcie się grzecznie parami i, słuchając instrukcji swoich nauczycieli, w spokoju i zorganizowaniu ewakuujcie się z budynku najbliższym wyjściem. Teraz.
    Zdawało się, że w pomieszczeniu wybuchł granat. Nagle z dziesiątek gardeł wyrwał się dziki wrzask. Drzwi sali wyleciały pod naporem spanikowanego tłumu wraz z framugami. W mgnieniu oka oszaleli ze strachu uczniowie w bezładzie zaczęli zbiegać po schodach, popychając i tratując się wzajemnie.
    - Czekaj! - zawołała Dot. Ona znała ten głos na tyle dobrze, by poznać złowróżbną nutę w nim drgającą. Nutę, która przeraziła ją do szpiku kości. - Nie idź! Coś tu jest nie tak.
    - Żartujesz?! Ten świr podpalił szkołę! Nie wiem, jak ty, ale ja stąd uciekam! Z drogi!
    Dziewczyna odepchnęła Dot, po czym dołączyła do tłumu starającego się wydostać przez drzwi. Ta zaś, nie chcąc upaść w śmierdzącą ciecz, chwyciła się stołu. I nagle przypomniała sobie ten zapach. To był ocet. Ocet, który jest...

    ***

    W tej samej chwili dwa piętra niżej, na parterze, tłum zatrzymał się przed ścianą szalejących płomieni, które szalały na parterze i przed skrzydlatą sylwetką stojącą wśród nich.
    - Trzeba było uważać na chemii. Nikt wam nie mówił, że ocet jest...
    Z jego dłoni bluznęła struga ognia, która w mgnieniu oka podpaliła całą ciżbę.
    - … łatwopalny?
    ***

    Przeraźliwe wrzaski na korytarzu przerodziły się w makabryczne wycie. Niedługo z okien na pierwszym piętrze zaczęły wyskakiwać ogarnięte płomieniami osoby.
    Zraszacze wprawdzie przestały lać ocet, ale Dot i tak siedziała pod ławką bez ruchu. Była przerażona, ale nie spanikowała. Wiedziała, że gdzieś tam na dole szaleniec, który podpalił szkołę, uczynił to samo z octem pokrywającym innych uczniów. Wiedziała, że dla nich jest już za późno. Ale wciąż nie było za późno dla niej.
    Ostrożnie wychynęła ze swego schronienia... tylko po to, by zobaczyć Yona, który właśnie wchodził do pomieszczenia. Wyglądał strasznie. Pokrywała go całego parująca od gorąca krew. Za jego plecami ciągnęły się dwa metalowe skrzydła, zaś z lewej pięści wystawało coś, co wyglądało jak miecz.
    W prawej dłoni trzymał za włosy dwie ludzkie głowy.
    Chłopak spokojnym krokiem podszedł do wciśniętego ze strachu w kąt grona pedagogicznego, po czym rzucił głowy pod nogi pani Vandall.
    - Oto siepacze, których na mnie nasłała pani profesor. Spieszę z wyjaśnieniami. Nie udało im się. Nie zabili mnie, by pani syn zajął moje miejsce w szkole w Babilonie... znaczy, w Warszawie. Zamiast tego ja zabiłem ich. I zabiłem też jego. I teraz, za to, że próbowała pani zabić mnie, ja zabiję panią.
    Podniósł prawą dłoń. Trysnęły z niej płomienie, które natychmiast okryły wszystkich nauczycieli. Ich dzikie wrzaski splotły się w przerażające unisono. A ponieważ rozpostarte skrzydła chłopaka blokowały im drogę, wszyscy spłonęli żywcem w tym kącie, zgromadzeni w wyjący, płonący stos.
    Jeden tylko profesor, najmłodszy, przybyły w zastępstwie za pana Fransa, usiłował się przedostać przez tę zaporę. Chłopak znalazł się przed nim i szybkim cięciem ostrza rozpruł mu brzuch, wypuszczając wnętrzności. Mężczyzna upadł. Skonał, nim to się stało.
    - Yon? - Dot przezwyciężyła przerażenie. - Yon! Przestań! Dlaczego to robisz?
    Chłopak zaczął się znów śmiać.
    - Yon Quiettlie umarł. Niech żyje Kronos Wszechmogący, przyszły pan tego świata!
    Odwrócił się i zobaczył ją. Na twarz wypłynął mu upiorny uśmiech.
    - Ach... to ty. To ty, która chciałaś za wszelką cenę zatrzymać mnie tu. Dlaczego? Byś mogła bez przeszkód gzić się z tym blond bawidamkiem? Wybacz, twój plan spalił na panewce. Po pierwsze, twój kochaś nie żyje. A po drugie, ty zaraz również umrzesz. Nie staniesz na mojej drodze do zmiany tego świata. Masz coś jeszcze do powiedzenia? Pozwalam ci zadać mi jedno pytanie.
    - Dlaczego...? Ja ci przecież nic nie zrobiłam...
    - Kłamiesz! Dobrze wiem, co uknułaś! Zamierzałaś pozbyć się mnie, pozbywając się profesora Fransa! A dlaczego? Żebyś mogła bez przeszkód pieprzyć się z tym gładkim sukinsynem!
    - To nieprawda! Ja nigdy bym nie...
    - Dość!
    Nie zdążyła wykonać żadnego ruchu, nim ją dopadł. Jednym skokiem znalazł się przy niej, po czym chwycił ją, biorąc na ręce i skoczył ponownie, wypadając oknem i rozpościerając skrzydła. Wraz z nią uniósł się wysoko, ponad smog. Księżyc w pełni odbił się w jego stalowych skrzydłach i szeroko rozwartych w paroksyzmie szaleństwa oczach.
    - Jakieś ostatnie słowa?
    - Yon, nie rób tego... ja...
    - Za późno.
    Nie poczuła ostrza. Poczuła krew – swoją krew – płynącą po plecach. Zakaszlała. Ale musiała mu to powiedzieć. Zbliżyła głowę do jego ucha.
    - Ja... - wyszeptała. - Ja cię kocham.
    Anioł zemsty znieruchomiał... po czym powoli zaczął opuszczać się w dół. Po jego policzku spłynęła łza.
    - Ja... - odparł szeptem. - Ja widziałem cię wtedy razem z nim... wy...
    - Zmusił mnie do tego. Groził, że odda policji tamto nagranie... nie mogłam... nie mogłam mu pozwolić, by cię skrzywdził. Wolałam zapłacić pogardą do siebie.
    - Nie... on mówił...
    - Uwierzyłeś mu?
    - Mówił... mówił, że chciałaś zatrzymać mnie tu!
    - Miłość jest samolubna... chciałam cię mieć przy sobie. Moja wina...
    Stopy chłopca dotknęły ziemi, po czym nogi ugięły się pod nim. Upadł na kolana, wciąż trzymając na rękach Dot.
    - Dothio... wybacz mi. Wybacz mi! To wszystko... tyle śmierci, tyle zniszczenia...
    - Nie martw się. - Dziewczyna zakaszlała ponownie. - Wszystko... jakoś się ułoży. Nie martw się...
    Jej głowa opadła bezwładnie w tył. Chłopak złapał ją i oparł na ramieniu. Łzy płynęły po jego policzkach.
    - Dothio, nie umieraj! Ja... ja mógłbym ci pomóc... naprawić twoje ciało... mógłbym...
    - Nie... dla mnie już jest za późno. Ratuj siebie... pozwól mi odejść.
    - Dothio, błagam cię...
    - Ile razy... ile razy mam ci powtarzać... byś mówił mi Dot?
    - Dot...
    - No... być może czegoś cię nauczyłam. - Uśmiechnęła się blado. - Więc mogę mieć nadzieję, że mnie zapamiętasz... Będę żyć w twoich wspomnieniach. Żegnaj.
    Jej powieki opadły powoli. A dłoń, którą chłopiec trzymał, wyślizgnęła mu się i zwisła bezwładnie.
    Skrzydła otuliły ich, ukrywając strumienie łez chłopca i głusząc jego łkanie.
    A gdy podniósł się z klęczek i położył ją na ziemi, w jego oczach była już tylko pustka.
    Wykorzystując skrzydła jak szpadle, wykopał płytki dół. W nim złożył jej ciało, po czym przykrył je ziemią. A potem przykrył prowizoryczny grób płytami, które wyrwał z chodnika. Choć już nie betonowymi. Każda z nich w jego ręku wygładziła się i zbielała, stając się jasnym marmurem.
    Gdy zaś ulepiony z rozpaczy i betonu grób był gotowy, ostrze ponownie wysunęło się z jego dłoni, po czym wbiło się w zimny kamień, ze zgrzytem drążąc w nim wąskie, ostre litery. Świadectwo.

    TU SPOCZYWAJĄ
    DOTHIA RAVENSEYE
    I
    YON QUIETTLIE

    ROZDZIELENI ŻYCIEM
    POŁĄCZENI ŚMIERCIĄ
    Padł na grób. I łkał.
    ***

    Młodzieniec w pomarańczowych szatach pojawił się nagle w sercu płonącej ogniem szkoły. Płomienie wydawały się nie ranić go, omywały go tylko i rozwiewały jego długie włosy.
    - Cholera. Spóźniłem się - stwierdził, omiótłszy wzrokiem stosy zwęglonych zwłok zalegające schody. - Mam nadzieję, że nie za dużo.
    Jak gdyby nigdy nic, zaczął chodzić po szkole, szukając drzwi nienaruszonych przez płomienie. Szukając pomieszczeń, do których ogień nie zdołał się wedrzeć. Ludzi, którzy nie spłonęli.
    Szukał bezskutecznie.
    W końcu kroki chłopaka skierowały się ku Sali Konferencyjnej. Tam zamknął się jego rachunek.
    - No pięknie. Szkoła poszła z dymem, podobnie cała przyszłość narodu w tej mieścinie - stwierdził, krzywiąc się. - Plus grono profesorskie... Ta. Nie ma co, jest gość skrzętny. Dokładniejszy, psiakrew, od szwajcarskiego zegarka. No, ale nie ma co ratować. Czas znaleźć tego idiotę i pokazać mu, że takich rzeczy się nie robi.
    Ogień szalejący na ciałach w kącie wydał się maleć... A potem rozdzielił się. Jego część, oderwana od ciał, wzniosła się w górę i spoiła w jaśniejącą gorącem kulę, która następnie poszybowała w powietrzu, kierując się ku plecom młodzieńca. A gdy w nie trafiła, eksplodowała uformowanym i zestalonym płomieniem. Eksplodowała w parę przejrzystych skrzydeł o piórach jak płomyki, które rozpostarły się, gdy chłopak wyskoczył przez wybite okno i zeskoczył. Zamortyzowały one jego upadek na trawnik, rozświetlany stroboskopowymi mignięciami błękitu i czerwieni, pochodzącymi z kogutów na dachach radiowozów policji.
    Szkoła była otoczona.
    ***

    Płonący budynek oświetlał okolicę rudym blaskiem, gdy Savael sfrunął na trawnik. Przez ogrodzenie wyraźnie widać było policyjne barykady. Zza jednej z nich mężczyzna z megafonem wywrzaskiwał coś o poddaniu się.

    Chłopak podszedł do trójki przyjaciół, którzy stali naprzeciwko wejścia do szkoły i obserwowali czujnie policjantów. Na widok płonących skrzydeł ten w błękitach spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Savael pokręcił głową.
    - Mamy tu niezły bigos - powiedział Biały, Tiriel. - Pożar ściągnął tu smerfy, będziemy mieli problem z wydostaniem się stąd bez zwracania szczególnej uwagi. A ten nowy...
    - Załamał się - skwitował Honuriel, który, by ukryć zdenerowanie, cały czas poprawiał zielone mankiety. - W tym stanie nie możemy go wziąć, jeszcze się zabije i będziemy mieli problem.
    - Cholera! - Savael rozejrzał się po okolicy z wkurzoną miną. - Nie ma szans, musimy skopać parę dup. Ja... Ja mam z tym nowicjuszem niedokończone sprawy. Wbiję mu do łba, co trzeba. Mogę liczyć na to, że gliny mi w tym nie przeszkodzą?
    Pozostali uśmiechnęli się tylko, po czym dobyli broni. Choć to być może złe określenie - wszyscy trzej wyciągnęli dłonie ku niebu, a wówczas ich sylwetki rozmyły się nieco, by odzyskać ostrość, już przybrane w okazały rynsztunek. Kolczugi, napierśniki, naramienniki i karwasze. Beruel w błękitną tarczę. Wszyscy w miecze.
    Trzech przyjaciół zwróciło się ku policji, błyskając dobytymi ostrzami. A potem ruszyli do ataku. Powietrze wkrótce wypełniły wystrzały z pistoletów i strzelb. Rozkazy. Krzyki. I jęki rannych. Bardzo wielu.
    ***

    Savael podszedł do łkającego młodzieńca. Już miał na sobie swój błyszczący miedzianymi zdobieniami pancerz, choć jego dłonie były puste. Palce zakute w pancerne rękawice zacisnęły się na szczęce tamtego, podnosząc go lekko z grobowca.
    - Jesteś z siebie dumny? - Władca Płomieni był wyraźnie wściekły. - Patrz, co narobiłeś! W tej szkole nie przeżył nikt. Zginęli niewinni ludzie!
    Widząc pusty wzrok Yona, Savael prychnął, po czym odrzucił go precz na ziemię. I postąpił krok ku niemu... natrafiając wszakże butem na grób. Patrząc nań i czytając napis, uśmiechnął się upiornie.
    - Ach, więc to tak... Nie tylko zabiłeś tylu ludzi, ale i własną ukochaną... Taak. No, stary. Masz przekichane. Ale to w zasadzie dobrze, że zginęła.
    Leżący chłopak otrząsnął się nagle, podnosząc się na rękach z ziemi. Jego wzrok utkwił w Savaelu. Już nie pusty. A ten ciągnął dalej, wpatrując się w oczy, w których coraz mocniej rozpalał się płomień gniewu.
    - To dobrze, że zginęła... Nie zasłużyłeś na nią. Musiała się poświęcić, abyś przejrzał na oczy! Dałeś się zaślepić swojej ambicji, swojej żądzy. Stałeś się ich bezmyślną marionetką. A to dowodzi, że ani przez moment nie zasługiwałeś na to, by być z nią! Ale teraz na szczęście ona spoczywa w ziemi. Ale ty wciąż kalasz jej pamięć swoim istnieniem. Samą obecnością ją gwałcisz...
    - DOŚĆ!
    Yon podniósł się na klęczki, po czym wstał. Nienawiść aż kipiała z jego twarzy.
    - Nie mów, jakbyś ją znał! Nie masz prawa!
    - Bo co...? - Savael uśmiechnął się. Dopiął swojego celu. - Jak nie, to co mi zrobisz?
    Yon zaciął usta. W jego dłoni po raz kolejny pokazało się ostrze. Jego klinga wymierzyła w pierś Ognistego, który zaś uderzył dłonią w ziemię, po czym wyprostował się, ciągnąc za palcami język płynnego płomienia, który zaraz zastygł we włócznię o szerokim ostrzu i stalowym drzewcu.
    - Jak się nazywasz, nieznajomy? - spytał Yon grobowym głosem. - Tym razem chcę wiedzieć, kto zginął z mojej ręki.
    - Savael Tchnienie Boga. Druid Kręgu Natury i Władca Płomieni. Lepiej to zapamiętaj.
    - Zapamiętam. A ty pamiętaj, że w zaświaty wysłał cię Yon... Nie. Kronos. Po prostu Kronos.
    Atak Yona był tak szybki, że umykał oku. Pierwszy skok został poparty mocą skrzydeł, a chłopak wykorzystał impet, by zadać druzgoczący cios spod pachy, wymierzony w szyję tamtego. Nie spodziewał się, by szyja obcego stawiła opór... Metal klingi zadźwięczał jednak przy paradzie, a Kronos otrzymał silny cios drzewcem pod żebra. Odrzucony wstecz upadł na kolano, lecz zerwał się natychmiast i znów zaatakował. Cios z góry został sparowany, ale była to finta. Yon widział już, jak klinga wbija się między płyty pancerza wroga... Lecz znów poczuł druzgoczące uderzenie, tym razem w kark. Włócznia przeciwnika, choć, oceniając po sile ciosów, bardzo ciężka, śmigała w jego rękach jak trzcina. Dopiero zrywając się znów na nogi, Kronos zdał sobie sprawę, że przeciwnik miał teraz doskonałą okazję go zabić... Jednak tego nie zrobił. Stalowy szybko skojarzył fakty i uśmiechnął się upiornie. Chcieli go żywego. A zatem mógł zaryzykować.
    Ujrzawszy jego wyraz twarzy, wróg wyprowadził szybkie pchnięcie ostrzem włóczni. Stal zadźwięczała o stal, gdy ostrze odbiło się od jednego ze skrzydeł Kronosa. Ten uśmiechnął się tylko, po czym... odskoczył, wzbijając się w powietrze. Podmuch wzniósł go na dach szkoły, gdzie stanął i machnął skrzydłami. Wydawało się, że zrzucił z nich pióra. Zaraz znów zadzwonił metal, gdy Savael zaczął odbijać setki godzących w niego, ostrych stalowych pocisków. Jeden tylko umknął jego uwadze i niczym brzytwa rozciął skórę na ramieniu..
    - Gratulacje, stary - rzekł Władca Płomieni, dotknąwszy ramienia. - Udało ci się mnie wkurzyć.
    U jego ramion na powrót zajaśniały ogniste skrzydła, na których wzniósł się wysoko pod niebo. Spadł z wysoka, pikując niczym orzeł i godząc włócznią w przeciwnika. Ten jednak wciąż miał niejedną sztuczkę w zanadrzu. Resztki jego skrzydeł rozwinęły się w aureolę cienkich drutów, które wściekle chłosnęły powietrze przed Savaelem i dosięgły jego ciała, znacząc je setką wąziutkich ranek. A wtedy zaatakował Kronos, błyskawicznym cięciem odgradzając się od przeciwnika, zmuszając go do zatrzymania się i obrony. I znów zwarli się, szybkie cięcia ostrza Kronosa przeciwko ogromnej sile i zasięgowi włóczni Savaela. Cięcia odbijały się jednak od bloków Ognistego. Pchnięcia włóczni przebijały powietrze. Rytm ciosów był tak szybki, że zlewał się w jeden długi szczęk. Stalowa aura Kronosa nieraz chłosnęła rywala, napotkała w końcu płonący płaszcz skrzydeł Savaela i odbiła się odeń niczym od zbroi. Ku zaskoczeniu Władcy Płomieni, druty nie stopiły się.
    Walka przybierała na gwałtowności. Nagle Savael rozpostarł skrzydła i rzucił się w tył, zawisając w powietrzu. Włócznia opadła nieco, gdy uwolnił z dłoni potężną strugę białych od gorąca płomieni. Kronos jednak nie stał już na budynku. On również wzniósł się w górę, elektrycznym brzękiem drutów ostrzegając przeciwnika. Ale nie rzucił się naprzód. Uśmiechnął się tylko i również wypuścił z dłoni biały strumień. Ten jednak odniósł większy skutek. Oblał postać Savaela i zgasił żar jego skrzydeł, zakuwając członki Władcy Ognia w szczelnym kokonie twardego lodu. Nim ten cokolwiek zrobił, leciał już w dół, ku zbliżającej się ziemi. Zdawało się, że kryształ zawrzał, po czym zzieleniał. Zbliżający się grunt wydawał się tylko denerwować Władcę Ognia, który skupił się w sobie... Zaraz jego zbroja zaczęła jaśnieć, rozżarzona do białości przez jego wewnętrzny ogień. Wtedy kryształ... wybuchł. Eksplozja cisnęła Savaelem o ziemię i odebrała mu przytomność.
    Kronos wylądował obok, stalowe druty swych skrzydeł opuszczając za sobą. Zakręcił też rurkę, z której wylał na przeciwnika chłodziwo. Desperacki krok, ale skuteczny. Teraz spojrzał na pokonanego przeciwnika z wyższością.
    - Powinieneś był wiedzieć, że stal to nie tylko gorąco, ale i chłód. I to, że kryształ saletry od kryształu zamarzniętej wody różni się tylko dwoma atomami azotu. Azotu, który stanowi prawie cztery piąte atmosfery. A saletra jest środkiem silnie wybuchowym.
    - Skończyłeś już naukę? - dobiegł go z tyłu kpiący głos. - Bo jak tak, to chodź tu. Mamy do pogadania.
    Kronos odwrócił się.
    ***

    Szarża trójki przyjaciół zaskoczyła policjantów. Pierwszy wpadł pomiędzy nich Honuriel, którego wielki, podobny do półksiężyca miecz błyskawicznie zrobił miejsce naprzeciwko bramy, ścinając z nóg stróżów prawa.
    - Ej, Honuriel! Nie zapominaj się! - W wyrwę utworzoną przez kolegę wbił się Tiriel. Z rękojeści, którą trzymał, wychodziły klingi dwóch przeciwnie skierowanych mieczy, które na zmianę, w szybkim tempie, uderzały mężczyzn w granatowych mundurach. - Pamiętaj, nie zabijaj bez potrzeby!
    - Przecież wiem! Płazem dostali!
    - I tak rób. - Beruel skoczył przed zielonego, zasłaniając go tarczą. I w samą porę to zrobił, gdyż zagrał na niej grad kul. - Nie zniżajmy się do ich poziomu.
    Policja ocknęła się z szoku. Szybko porzucili pomysły z obezwładnianiem trójki i dobyli broni z ostrą amunicją. Pociski, który uderzały w ich pancerze, nie raniły, zmuszały jednak do ciągłego ruchu, by przeciwnicy nie trafili żadnych wrażliwszych punktów. Choć Beruel nieraz ratował obu przyjaciołom życie, zasłaniając ich tarczą, to otoczeni z trzech stron wojownicy nie byli w stanie skutecznie kontratakować.
    Wtedy jednak Honuriel się rozgniewał..
    Gdy kolejna kula, ominąwszy szeroki płaz jego miecza, gwizdnęła mu koło ucha, spojrzał na adwersarzy i tupnął. Ziemia zatrzęsła się z ogłuszającym łoskotem i zaczęła pękać, w miarę jak ku barykadzie zaczęła płynąć fala siły. Gdy jej sięgnęła, rozległa się eksplozja. Zgromadzona w gruncie energia rozeszła się w potężnym wstrząsie, który rozniósł zaporę i poprzewracał stojące przy niej samochody. W tę szczelinę runął Beruel, zadając na prawo i lewo potężne ciosy swoim szerokim mieczem, rozbijając głowy, łamiąc nogi, ręce i żebra.
    Lecz grad kul zagrał po stali po raz kolejny. Jak się okazało, policja wezwała wsparcie wyposażone w cięższą broń, która teraz wraz z niedobitkami patroli skryła się za samochodami i zasypała ogniem pistoletów maszynowych trójkę przeciwników. Ci skryli się za jednym z radiowozów.
    Wszyscy trzej dyszeli ciężko, zmęczeni walką z licznymi przeciwnikami. Beruel raz po raz usiłował wyjść poza barierę samochodu, za każdym razem jednak ogień policji spychał go z powrotem. Sytuacja wydawała się niewesoła... Wtedy Błękitny Władca uderzył pięścią w ziemię.
    - No nie! Tak nie może być, żeby nas byle pieski wynaturników ustawiały, jak chciały! Mam dość!
    Ogień umilkł na chwilę, a wówczas Beruel wstał powoli. Wszyscy policjanci wlepili w niego wzrok, gdy wykonywał skomplikowany gest... Przestali, gdy rozległ się cichy syk i seria huków zaraz po nim. Woda w przydrożnych hydrantach wyrwała blokady i silnymi strumieniami uderzyła w stróżów prawa, powalając wszystkich na ziemię i niemal wszystkim wybijając z głowy opór.
    Niemal, gdyż jeden jeszcze spoglądał na niego. Wykazując się refleksem padł plackiem na ziemię, unikając wody, i teraz wstał, po czym opróżnił w nic nie spodziewającego się Beruela cały magazynek PMu.
    Rozległ się tylko cichy gwizd i powiał gwałtowny, potężny wiatr. Kule pofrunęły... z powrotem do strzelającego, po czym wbiły się w jego kuloodporną kamizelkę, odbierając mu oddech wraz z przytomnością. A Tiriel tylko uśmiechnął się, odejmując palce od ust.
    ***

    Za plecami Kronosa ramię w ramię stało trzech przyjaciół. Jeden, w błękitnej kolczudze, zbrojny w miecz i tarczę, spoglądał na niego pochmurnie. Drugi, z rękojeści broni którego wystrzeliwały w obie strony dwie klingi, lekkimi ruchami miecza kusił, ale i groził, błyskając co chwilę srebrnymi naramiennikami. Trzeci, którego potężne, półksiężycowate ostrze opierało się ramię. Ten właśnie uśmiechał się do Kronosa, wyciągniętą dłonią rzucając mu wyzwanie. Zielona płyta jego napierśnika była matowa. Nie odbijała twarzy wroga.
    - Skończyłeś naukę? - powtórzył. - Jeśli tak, stawaj.
    - Tak. Skończyłem dla niego - uśmiechnął się upiornie Kronos. - Teraz wasza kolej. Kto pierwszy?
    - DOŚĆ!
    Wśród uzbrojonych chłopców pojawiła się nagle dziewczyna. A Kronos zmartwiał. Jej oczy... jej oczy były takie same jak oczy Dot.
    - Elaina! - syknął Tiriel. - Uciekaj stąd! Przed bramą jest wielu rannych potrzebujących pomocy!
    - Savael jest ranny! Muszę pomóc jemu. Ten miły chłopak na pewno mnie wesprze. Prawda? Kim jesteś?
    - Na imię mi... Kronos - stwierdził Stalowy. - Uwięziony we własnym śnie.
    Po czym upadł na twarz i zemdlał.
    - Cholera... wszystko muszę robić sama - zawołała dziewczyna, patrząc na tę scenę z dezaprobatą. Następnie obejrzała się na przyjaciół. - Może wy mi chociaż pomożecie?
    ***

    Gdy się obudził, leżał w jakimś namiocie przykryty zwierzęcymi skórami. Pierwsze, co poczuł, to wszechogarniający żal. Przypomniał sobie wszystko, całe swe życie. Życie, które w szale zniszczył. Choć chciał, nie znalazł w sobie łez, wspominając surowy grób gdzieś pośród spalonego miasta. I swój okropny czyn.
    - Obudziłeś się - usłyszał łagodny, dziewczęcy głos. - To dobrze. Pójdę powiedzieć twoim braciom. Ucieszą się.
    - Braciom...?
    - Tak. Myślisz, że posiadałeś jeszcze jakąś rodzinę po masakrze, którą spowodowałeś?
    - Nie...
    - Właśnie. A oni są tacy jak ty. Oni również posiadają potężny dar. Ale, w przeciwieństwie do ciebie, wiedzą już, jak go kontrolować. W tym są w stanie ci pomóc.
    - Nie boją się? Że kiedyś utracą nad sobą panowanie? Tak... tak jak ja?
    - Jasne, że tak. To ten strach sprawia, że każdą wolną chwilkę poświęcają na trening. Ćwiczą, by takie rzeczy im się nie zdarzały.
    - Ja... ja zrobiłem wiele strasznych rzeczy.
    Przed jego wlepionymi w sufit namiotu oczyma pojawiła się ładna twarz dziewczyny. Chłopak poznał natychmiast jej oczy, ale nie mógł w żaden sposób odnaleźć podobieństwa między nimi a tymi, które własną ręką zgasił. Jednak i tak poczuł ulgę na ich widok.
    - Wiem - odezwała się. - Ale kto nie?
    - Zabiłem jedyną osobę w świecie, której na mnie zależało... zabiłem też jedyną osobę, która mnie kochała... Jedyną, którą ja kochałem. Zabiłem setki ludzi, których imion nigdy nie znałem i już zapewne nie poznam.
    - Musisz żyć dalej. Wszystko jakoś się ułoży.
    - Tak myślisz? To dobrze.
    W uchylonym nieco wejściu do namiotu pokazała się twarz Honuriela.
    - Elaino, z kim... ach. Obudził się. Dzięki, że nas poinformowałaś.
    - No sorry bardzo. - Odparła dziewczyna sarkastycznie. - Następnym razem to wy będziecie pilnować rannych, a ja będę zbijać bąki, co ty na to?
    Honuriel zaśmiał się.
    - No dobra, żartowałem tylko. Ale teraz zmykaj. Mamy z nim do pogadania. Chłopaki!
    Po chwili wokół łóżka Stalowego siedziała już cała czwórka przyjaciół. Wpatrywali się uważnie w twarz nowego, jakby szukając oznak szaleństwa.
    - Spokojnie, panowie. - Kronos uśmiechnął się. - Nie zamierzam się na was rzucić. W każdym razie póki co.
    - Spoko. Nie tego się boimy - uśmiechnął się ten w białych szatach. Tiriel, jak sobie przypomniał Stalowy. Zdziwiło go to. W końcu nie przedstawiali mu się.
    - Boimy się tego, co mógłbyś zrobić sobie - mruknął z troską ten w błękitach, Beruel.
    - Jeśli powrócą ci wspomnienia - dodał zielony, Honuriel. - Co prędzej czy później się stanie.
    - Jeśli o to chodzi, to też nie musicie się martwić. Pamiętam wszystko. I pogodziłem się z tym. Nie ukrywam, nie bez jej pomocy. Ma na imię Elaina, tak?
    Wszyscy odetchnęli z ulgą.
    - Oho, mamy właśnie kolejny dług wdzięczności u naszej drogiej Elainy - westchnął Beruel.
    - Bo co do tego to masz rację. Ona ma na imię Elaina. Chyba wpadła ci w oko, co? - Dodał Tiriel.
    - Nieważne! - warknął dotychczas milczący Savael. - Nie po to przyszliśmy, żeby przeszkadzać mu w odzyskiwaniu sił. Mamy mu coś do powiedzenia.
    Poderwał się z ziemi i obszedł dookoła namiot.
    - Widzisz, kiedy stajesz się jednym z nas, Władców Żywiołów...
    - Otrzymujesz nowe imię - wtrącił Honuriel. - Na znak odrzucenia dawnego życia.
    - To oznacza, że stałeś się jednym z nas - dopowiedział Beruel.
    - Tylko że jest jeden szkopuł - dokończył Tiriel. - My nie możemy nadać ci nowego imienia. Ono przychodzi do ciebie samo. I jeśli stałeś się już jednym z Władców, powinieneś je już znać.
    - Już je znam... - odparł chłopak, opadając na poduszki. - Brzmi ono Sealtiel, Słowo Boga. Ale ja, w przeciwieństwie do was, nie odrzuciłem za siebie swego dawnego życia.
    - Co? - czterej władcy z zaskoczenia krzyknęli unisono.
    - To, co słyszycie. Ja nie zamierzam porzucić swego dawnego życia. Gdy czas będzie odpowiedni, opuszczę was, by dokonać tego, co musi zostać zrobione. Zmienię świat. Dlatego proszę was, pozwólcie mi zatrzymać imię, które nosi moja dusza. Kronos. Więzień Snów.
    Zapadła cisza.
    - Wiesz... - zaczął Tiriel. - To nie zdarzyło się od czasu, kiedy powstał pierwszy krąg Władców.
    - Ale przyznajmy, sytuacja nie jest normalna. - Beruel miał ponurą minę.
    - Po raz pierwszy Władców jest pięciu - stwierdził Honuriel.
    - Dlatego... w sytuacji, jaka zaistniała, pozwalamy ci na to - rzekł Savael. - Umarł Yon Quiettlie. Niech żyje Kronos Więzień Snów. Władca Stali kręgu Władców Żywiołów.
    Kronos opadł na poduszki. Ewidentnie był wyczerpany.
    - Ha. Widać, potrzeba ci jeszcze odpoczynku. - Głos Savaela był wesoły. - To jeszcze jedno. Pozwolisz, że będę mówił ci Kron? To twoje imię jest takie... ponure.
    - Mów mu, jak chcesz! - rozległ się rozzłoszczony głos Elainy. - Ale dopiero, gdy wypocznie! Wynocha mi stąd, ale już! Znaleźli sobie miejsce na posiedzenie, niech was... Idźcież w cholerę!
    Poganiani obelgami dziewczyny, Władcy jak niepyszni wycofali się z namiotu.
    - Ech. Kretyni - stwierdziła, gdy już zostali sami ze Stalowym, stawiając na ziemi przyniesioną miskę, z której dobiegał smakowity zapach dziczyzny. - Nic, tylko by gadali. No, przynajmniej tym razem się nie pobili. A ty? Wiem przecież, że nie snu potrzebujesz. Te twoje mechanizmy zżerają dużo energii, zgadłam? Heh. Możesz kombinować ile chcesz, ale Matki Natury nie oszukasz tak łatwo. Wsuwaj. To ci się przyda. Od jutra zaczynasz ciężki trening. Ach, za słabyś, żeby unieść łyżkę, co? Daj mi to, pierdoło.
    Następną godzinę spędziła z głową Krona na podołku, karmiąc go i upewniając, że odnalazł coś, czego nie był w stanie znaleźć w świecie techniki.
    Że odnalazł swoje miejsce.



    Komentarze

    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.




    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.


    Pseudonim
    E-mail
    Treść Dostępne tagi: [cytat][/cytat], [url=http://][/url]
    Przepisz poprawnie podane słowa mnustwo orkuw