Warning: Undefined array key "autologin" in /usr/home/peronczyk/domains/insimilion.pl/insimilion/twierdza/index.php on line 25 Ogólnie o grze • Recenzja (tryb wieloosobowy) • INSIMILION

    Mass Effect 3


    Recenzja (tryb wieloosobowy)

    Działy gier » Mass Effect 3 » Ogólnie o grze
    Autor: Tallos
    Utworzono: 08.04.2012
    Aktualizacja: 10.07.2015

    W swojej recenzji Mass Effect 3 trybowi multi poświęciłem jedynie jeden krótki akapit. Dlatego też czuję, że należy wam się osobny tekst poświęcony temu modułowi, jako że jest on nie tylko integralną częścią trybu single, ale i daje tyle samo (a może i nawet więcej) radości.

    Na początku jednak małe ostrzeżenie. Jeśli chodzi o strzelanie w multi, mój umysł, palce i myszka są właściwie dziewicze. Mówiąc prosto, po prostu nie gram w różnego rodzaju masowe strzelanki, stąd wiele rzeczy, które w ME3 mnie zachwycają, wielu czytelnikom mogą się wydać normalne, a nawet przestarzałe. Ja jednak nie mam zamiaru się tymi opiniami przejmować, a po prostu robić swoje.

    Na początku wspomniałem o integralności multi i singla. O co chodzi? Mianowicie o to, że kolejne sukcesy na mapach wieloosobowych podnoszą nam ogólny wskaźnik gotowości galaktycznej, przez który mnożone są wszystkie zdobyte w singlu zasoby wojenne – bez podniesienia jego wartości nie zobaczymy „najlepszego” (wg mnie jeszcze gorszego, choć to tylko jedna dodatkowa scena) zakończenia, nawet jeśli w teorii pasek wymiernej siły zbrojnej został cały wypełniony. Co ważniejsze, raz podniesiona, gotowość galaktyczna będzie powoli spadać, dlatego co jakiś czas trzeba poświęcać jej trochę uwagi, by utrzymać ją na odpowiednim poziomie. Szkoda tylko, że jest ona przypisana do konta Origin, co sprawia, że próba przejścia gry na „minimum” wymaga zaprzestania walki w multi na dość długi czas, aby gotowość galaktyczna spadła na bardzo niski poziom.

    Jak wygląda początek rozrywki w multi? Po kliknięciu na „gra wieloosobowa” w menu głównym naszą pierwszą decyzją będzie wybór postaci, która ruszy do boju u boku innych graczy. Do wyboru mamy wszystkie sześć klas, aczkolwiek liczba ich zdolności została ograniczona do pięciu – trzech aktywnych i dwóch pasywnych (te ostatnie właściwie się nie zmieniają). Co ważne, poza ludźmi są tutaj dostępne także inne rasy (wielu z nich dotyczą nieco inne zasady – kroganin nie może się turlać, ale kolejne zabójstwa w walce wręcz zwiększają jego siłę i wytrzymałość, a potężny atak wręcz asari rozchodzi się we wszystkich kierunkach) – asari, drelle, kroganie, quariaie, salarianie i turianie, aczkolwiek na początku możemy wcielić się jednie w przedstawiciela naszego gatunku (pozostałych musimy sobie odblokować). Co ważne, postaci możemy zmieniać nawet z potyczki na potyczkę, nie tracąc poziomu w poszczególnych profesjach. Niestety, nie da się wybrać dowolnej kombinacji rasy/klasy, a tym bardziej dobrać sobie zdolności – obie te wartości są stałe, na szczęście moce różnią się w zależności od gatunku: np. strażnik to zawsze człowiek/kroganin/turianin, i każdy turiański ma te same zdolności. Ponadto drzewka zdolności dają szanse na zróżnicowanie postaci w obrębie tej samej rasy i profesji, a w rodzaju używanych broni nic nas nie ogranicza (poza tym, że każda postać może mieć jedną lub dwie sztuki oręża).

    Wcześniej wspomniałem o odblokowaniu postaci. Jak to zrobić? Otóż za zarobione w trakcie walk kredyty możemy nabywać pakiety wyposażenia w trzech wersjach – rekruta, weterana i widma (plus darmowy pakiet startowy i okazyjne pakiety specjalne). Każdy z nich zawiera pięć elementów – oprócz postaci są tutaj także nowe bronie (i wyższe wersje już posiadanych), modyfikacje do nich, działające przez jedną misję ulepszenia (zwiększenie obrażeń od konkretnego typu oręża, wzmocnienie tarcz, ulepszenie mocy itp.), ogólny ekwipunek (zadająca olbrzymie obrażenia obszarowe wyrzutnia rakiet, przywracający zdrowie i tarcze pakiet przetrwania, pozwalający wskrzeszać się samodzielnie medi-żel oraz uzupełniający amunicję pakiet pochłaniaczy) oraz inne ciekawostki (w tym nieobecne w demie resety mocy i powiększenie pojemności „plecaka”). Oczywiście, im lepszy (i droższy) pakiet nabędziemy, tym teoretycznie lepszy stuff w nim znajdziemy. Jest on niestety losowy i jeśli np. skończy ci się (tak jak mnie) medi-żel, możesz mieć tylko nadzieję, że powiedzie ci się w randomizacji, gdyż inaczej go nie uzyskasz (przeszkadza to także, jeśli uparcie losuje ci jakąś słabą broń, którą gra z niewiadomych przyczyn uważa za wartą posiadania, jak np. snajperka Raptor). Nie ma tu też handlu pomiędzy graczami, a szkoda.

    Tyle o przygotowaniach do walki, przejdźmy dalej. Zanim wskoczymy w skórę naszej postaci, najpierw musimy wybrać mapę i przeciwnika, z którym będziemy do siebie nawzajem strzelać. Plansz jest bodajże siedem i mamy tutaj zarówno w miarę otwarte przestrzenie (Baza Sztylet), jak i klaustrofobiczne wnętrza (Baza Lodowiec), aczkolwiek na każdej można znaleźć miejsca łatwiejsze i trudniejsze do obrony. Co do przeciwników, to poza znanym z dema Cerberusem walczymy także z Gethami i Żniwiarzami (obie te strony są moim zdaniem silniejsze od organizacji Człowieka Iluzji). Oczywiście obydwa te elementy można zostawić losowymi, co zaowocuje większymi ilościami zdobytych punktów doświadczenia, ale też nie będziemy mogli wtedy wybrać odpowiedniejszego ekwipunku czy bardziej wprawnej w walce z danym przeciwnikiem postaci – aczkolwiek tylko pierwsza potyczka z danym dowódcą (graczem podtrzymującym serwer) jest niewiadomą, potem przeciwnicy i mapy zmieniają się zgodnie z ustaloną kolejnością.

    Napisałem już całkiem sporo, ale wciąż nie wyjaśniłem, na czym polega sama rozrywka. Otóż wraz z maksymalnie trzema innymi graczami (może być ich mniej, ale nie pociąga to za sobą obniżenia poziomu trudności) zostajemy rzuceni na mapę i musimy odeprzeć 10 fal (a właściwie 11, gdyż ostatnia polega na utrzymaniu się do przylotu promu ewakuacyjnego) złożonych z coraz silniejszych przeciwników. Poza tym w niektórych falach pojawiają się dodatkowe zadania czasowe, których niezaliczenie również powoduje niepowodzenie misji: włączenie/wyłącznie czterech urządzeń, złamanie zabezpieczeń lub zabicie konkretnych przeciwników. Ogółem mówiąc, walka jest dużo szybsza i dynamiczniejsza niż w singlu – zaczajenie się w jednym miejscu i wystrzelanie przeciwników nie wchodzi tu w grę, osłony trzeba zmieniać na lepsze, mieć oczy dookoła głowy i ogólnie być rozgarniętym. Co ciekawe, nawet od miłośników strzelanek można usłyszeć takie same słowa – na pewno świadczy to o wysokim poziomie multi ME3, także na tle popularnych gier akcji.

    W trakcie kolejnych fal zyskujemy oczywiście punkty doświadczenia, zarówno za zabijanie wrogów, jak i asystowanie w tymże. Ponadto za zrobienie niektórych rzeczy gra przyznaje nam brązowe, srebrne i złote medale, które również zwiększają pulę zdobytego ekspa. Do najpopulariejszych należą te za zabicie 25/50/75 wrogów, odpowiednią ilość headshotów itd. Wprowadza to więc do gry również rywalizację między graczami, a wyrzucanie tych znacznie odstających od innych nie jest niczym niezwykłym (sam kiedyś zostałem poddany takiemu procederowi, aczkolwiek mój niski wynik był spowodowany raczej nadzwyczajną biegłością współgraczy niż moimi niskimi umiejętnościami).

    Multi ME3 nie jest oczywiście pozbawione wad. Połączenie jest zasadniczo stabilne, ale zdarzają się jego przerwania lub niemożność połączenia się (aczkolwiek winę za wiele takich sytuacji ponosi raczej Origin). Czasami zdarzyło mi się także trafić na wyjątkowo wredny błąd – jedna z moich mocy przestawała przynosić efekty (a była ona ważnym elementem mojej taktyki). Irytującą wadą jest także brak czatu pisanego w poczekalni – niby w opcjach jest klawisz za niego odpowiedzialny, ale jego wciśnięcie nie powoduje żadnej reakcji.

    Co zaś się tyczy grających, to wiadomo – jest różnie. Największą naszą wadą jest brak jakiejś większej współpracy: w słuchawkach na ogół słychać ciszę, nikt nie próbuje koordynować ataków ani uzgadniać takyki (i np. dwóch graczy traci rakietę na tego samego przeciwnika). Poza tym zdarzają się ludzie opuszczający grę w trakcie (bez słowa wyjaśnienia/przeproszenia) i mój najbardziej znienawidzony typ – niskopoziomowcy wchodzący na srebrne czy złote wyzwania, aby szybciej awansować, korzystając z ekspa wypracowanego przez współgraczy (mimo że każdy niby zbiera punkty doświadczenia, wszyscy ostatecznie dostają ich tyle samo) – na szczęście są oni na ogół zgodnie wyrzucani.

    Podsumowując, multiplayer w Mass Effect 3 jest świetną zabawą i czymś, czym spokojnie możemy dręczyć posiadających piracką wersję gry (z tego co wiem, nie ma jeszcze pirackiego multi). Dzięki niemu na pewno ME3 szybko się nie znudzi, przynajmniej do premiery następnej gry z uniwersum – a wielu sądzi, że będzie to właśnie sieciowa strzelanka (jak to żartował redaktor CD-Action – Battlefield: Cytadela).



    Komentarze

    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.




    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.


    Pseudonim
    E-mail
    Treść Dostępne tagi: [cytat][/cytat], [url=http://][/url]
    Przepisz poprawnie podane słowa mnustwo orkuw