Warning: Undefined array key "autologin" in /usr/home/peronczyk/domains/insimilion.pl/insimilion/twierdza/index.php on line 25 Varia • Zapomniany • INSIMILION

    Varia


    Zapomniany

    Fantastyka » Varia » Opowiadania
    Autor: Phil von Roden
    Utworzono: 28.11.2007
    Aktualizacja: 01.08.2008

    Ipamiętaj! To zadanie ma pozostać w tajemnicy. Masz tylko dowiedzieć się jak wiedzie się Lwiątku. I to tak, żeby nawet ono nie wiedziało.
    Wysoki elf o kasztanowych włosach sterczących w górę, stał przed zdecydowanie najpiękniejszą kobietą świata. Stokrotką z Dolin. Enid an Gleanna. Była to jedyna kobieta, która zawsze była piękna, bez używania żadnych maści czy innych specjałów coraz zresztą popularniejszych. Spoglądał na nią swoimi kasztanowymi oczyai. Kilka miesięcy temu nawet nie przypuszczał, że będzie miał okazję w ogóle znaleźć się w jej pobliżu. A teraz stał przed nią w jej pałacu w Dol Blathana, stolicy wolnych elfów. A w zasadzie w ruinach pałacu, który aktualnie był odbudowywany. Po dwustu latach elfy wróciły. Czy na długo? To miało się okazać za jakiś czas. Był bardzo młody, chodził po świecie około szesnastu lat. Miał na sobie ciemnozielone ubranie, teraz nieco wystylizowane na odzienie zwykłego chłopa. Przez plecy miał przewieszony prosty drewniany łuk. Trzydzieści cali, więc nie nadawał się do większych odległości. Na ciężkozbrojnych i grubego zwierza, także.
    - Zostałeś przydzielony do tego zadania, dlatego że nikt cię nie zna i nie rzucasz się w oczy. I pamiętaj pełna dyskrecja. Uważaj też na Nilfgaardczyków. Oni wszędzie węszą. A teraz znaleźli się niebezpiecznie blisko Cintry. I nie musisz siedzieć tam zbyt długo. Bramy musisz przekroczyć w dzień, aby nie wzbudzać podejrzeń - kontynuowała swoim melodyjnym głosem, potrafiącym urzec każdego - wystarczy, że kilka razy zobaczysz Lwiątko całe i zdrowe. Potem możesz wracać i złożyć raport. Wtedy możesz liczyć na jakąś nagrodę. - młody elf uśmiechnął się jednak królowa nie miała zamiaru odwzajemnić tego gestu. A szkoda, bo wyglądała wtedy jeszcze piękniej. Elf odezwał się tylko wyuczonymi słowami
    - Twoje spojrzenie to wystarczająca nagroda, o pani.
    - Tak, tak. Ruszaj już, idź do królewskiej stajni, a otrzymasz wierzchowca. Może nie będzie on wspaniały, ale przynajmniej nie będzie rzucał się w oczy. A w tym zadaniu to się liczy.
    Młodzieniec skłonił się i przeszedł przez olbrzymie wrota do holu poprzedzającego salę tronową. Strop był umieszczony niesamowicie wysoko, a podtrzymywany był kilkunastoma kolumnami, wyrastającymi z podłoża. Ono zaś lśniło tak, że można było się w nim przejrzeć. Dwukolorowe płyty, idealnie wypolerowane, ułożone w szachownicę dodawały tej sali przestrzeni. A jej ogrom i tak wzbudzał podziw, choć pałac z zewnątrz wcale nie wydawał się duży. To za sprawą cienkich ścian, jakich niewiele można było spotkać. Na ścianach wisiały portrety wcześniejszych królowych i króli. A prezentowały się wspaniale, gdyż zarówno malarze elficcy jak i ich władcy byli wspaniali i sprawdzali się w swoim fachu. Enid nie była wyjątkiem. Przy ścianach na nielicznych ławeczkach siedzieli kolejni goście oczekujący na wizytę ze Stokrotką. Elf też trochę się ostał w tych kolejkach "aby nie wzbudzać podejrzeń". Trochę mu się to przejadło, lecz skoro miał szansę zrobić coś dla kraju nie wahał się ani chwili. Elfy odbudowywały ten pałac już jakiś czas na jego ruinach. Posadzka była w rzeczywistości po prostu wyprostowana, a spora część budowli, była utrzymywana magicznie. Przeszedł na pałacowy dziedziniec. To miejsce wymagało najmniej remontu. Przy nim wnętrze było niczym. Na środku dziedzińca znajdowało się jego serce. Fontanna. Z barwnego rumowiska wyrastał wielki krzew róż, obsypany dziesiątkami przepięknych białoliliowych kwiatów. Na płatkach połyskiwały krople rosy błyszczące jak srebro. Roślina otaczała pędami płytę z białego kamienia. A z tej płyty spoglądała na niego smutna, urodziwa twarz której delikatnych i szlachetnych rysów nie zdołały zamazać i rozmyć ulewy i śniegi. Twarz, której nie zdołały zeszpecić dłuta grabieżców wydłubujących z płaskorzeźby złote ornamenty, mozaikę i szlachetne kamienie. Biała Róża z Shaerrawed. To za nią setki młodych elfów, dwieście lat temu poszło na śmierć w walce. I zostali zmasakrowani. Ginęli z jej imieniem na ustach. A Ci, którzy przeżyli nigdy jej nie zapomną. Przeszedł obok fontanny i schodząc po kilku stopniach znalazł się w stajni pałacowej. Swoim wyglądem niewiele ustępowała wielkiemu holowi, tyle że porobione w niej były zagrody i konie nieco je zaśmiecały. Elf powiedział w jakim celu tu przybył i został poprowadzony do jednego z koni. Okazała się to być klacz, trochę spasła jak na konia pałacowego. Elf od razu zauważył, że nie będzie się z nią łatwo jechało. Ale cóż zrobić? Wskoczył na nią natychmiast i ruszył na południe. Miał dotrzeć do Vengerbergu, następnie do Tigg, wcześniej omijając Zwilgłe Uroczysko, a potem po dwóch dniach drogi miał dotrzeć do Cintry. Cała podróż miała trwać minimalnie dziesięć dni. Nie czekając skierował się w stronę Vengerbergu. Jechał wydeptaną przez konie i wygniecioną przez wozy ścieżką. Nad nią drzewa roztaczały swe gałęzie tworząc baldachim i dając cień w gorące dni. A ten dzień właśnie do nich należał. Już po kilkudziesięciu minutach elf musiał otrzeć pot z czoła. Klacz niosła szybciej niż elf się spodziewał i tuż pod wieczór dotarł do Ban Ard. Przenocował u karczmarza, któremu zapłacił kilkoma miedziakami otrzymanymi od Stokrotki. Bo złote monety "mogłyby wzbudzić podejrzenia". Klacz otrzymała trochę siana do zjedzenia i kubeł z wodą. Następnego dnia rano elf wyruszył w dalszą drogę. Liczył, że za około dwa dni dotrze do Vengerbergu. Jednego z większych miast jakie przyjdzie mu zobaczyć na trasie. Koło południa zrobił sobie przerwę w delcie Dyfne. Napoił wierzchowca, odświeżył się trochę i zjadłszy resztki tego co otrzymał na podróż. Poruszał się nadal jedną z większych wydeptanych ścieżek. Wiedział, że ma tu większe szanse na spotkanie bandytów, ale też jazda głównym traktem "wzbudzała mniejsze podejrzenia". Na szczęście do Vengerbergu droga powinna przebiegać spokojnie. Nie jeździło tędy wielu kupców, więc i bandyci nie mieli czego szukać. Pod wieczór zdecydował się zjechać z traktu i przenocować pod jakimś drzewem. Przywiązał klacz do jednego z mniejszych i udał się na polowanie. Był nieco głodny a to co ze sobą zabrał skończyło się w południe. Powoli kroczył po leśnym poszyciu uważając aby żadna z jego stóp nie nastąpiła na zdradliwą gałązkę, która mogła go zdradzić. Po kilkunastu minutach zobaczył zająca kicającego pod niższymi drzewami. Łowca cicho podążał za nim. W końcu królik zatrzymał się przy kępie bujnej trawy, która miała posłużyć mu za kolację. Elf napiął swój prosty łuk, wycelował i wystrzelił. Rozległ się świst i głuche uderzenie. Łucznik wyprostował się aby zobaczyć czy udało mu się zdobyć kolację. Na szczęście zając był tak zajęty jedzeniem, że nie zdążył uciec. Elf podszedł wyciągnął z niego strzałę, złapał go za uszy i wziął ze sobą w miejsce gdzie zostawił klacz. Pozbierał trochę chrustu i gałązek oraz suchej trawy. Po chwili udało mu się rozpalić ognisko. W takich chwilach żałował, że nie jest magiem, którzy potrafią rozpalić ogień pstryknięciem palców. "Ale mówią też, że każde doświadczenie jest w życiu potrzebne" pomyślał. Usiadł obok trzaskającego ognia i zaczął patroszyć zająca. Z zającami nie było dużo roboty, więc dość sprawnie obdarł go ze skóry. Nabił go na cienki patyk, który przewiesił nad ogniskiem na dwóch rozwidlonych na końcach kijach. Skórę włożył pod kulbakę "Może uda mi się ją sprzedać". Po pewnym czasie zjadł ze smakiem upieczone mięso i rozłożył się na ziemi pod wielkim dębem. Noc była bardzo ciepła, więc nie potrzebował żadnego koca czy innej narzuty. Zresztą przyzwyczaił się już do zimna na wielu polowaniach w jakich miał okazję brac udział. Niektóre trwały nawet po kilka dni. Sprawdził czy klacz nie planuje uciec i położył się spać. Zanim jednak usnął w jego głowie pojawiła się pewna myśl. Spojrzał na swego wierzchowca. "Trzeba cię jakoś nazwać... może Arleta?" Klacz niespokojnie prychnęła i pokręciła łbem. "Czyli nie... no to może Urila?". Klacz wykonała te same gesty co przedtem. "A co powiesz na Narwana?" Teraz klacz stała spokojnie. "A więc sprawa załatwiona. Dobranoc Narwana". Obrócił się na drugi bok i po kilkunastu minutach usnął.
    Obudziło go wschodzące słońce. Promienie przebijające się miedzy liśćmi uderzyły go w oczy. Ale za to efekt był niesamowity. Dookoła cień, a miejscami jakby świetlne kolumny podtrzymujące sklepienie leśne. Widział takie rzeczy już wiele razy jednak za każdym razem wzbudzały one jego podziw. "W końcu każdy las jest inny." Poklepał Narwaną po grzbiecie i założył jej siodło. W nocy mogła nieco od niego odpocząć. Dojadł resztki zająca, które zostawił sobie na śniadanie. Widać było po nim, że niewiele je. Bardzo chudy, ale jednak dobrze zbudowany. Dzięki temu mniej rzucał się w oczy. Wskoczył na klacz i ruszył dalej. Po drodze minął może dwa wozy kupieckie i jednego gońca. "Ci to mają pracę..." Po południu udało mu się dotrzeć do Vengerbergu. Jak na razie podróż przebiegała szybciej niż to obliczał, ale to z powodu pustek na ścieżkach i pogody. No i oczywiście Narwanej, która tylko wyglądała na powolną klacz. Co prawda nie była szybkim koniem, ale jechała. I to się liczyło. W bramie do miasta zsiadł z niej i zaczął ją prowadzić. Wędrował zatłoczoną ulicą, pełną sklepów. Nad nimi z okien wychylały się kobiety i wrzeszczały do siebie ponad ulicą. Na ulicy pełno ludzi hałasowało, sprzedawcy przekrzykiwali się w cenach i promocjach. Elf podszedł do jednego, na którego stoisku znajdowały się różne rzadko spotykane rzeczy. Sprzedawca zareagował natychmiast
    - Witaj młody człowieku! Jak widzisz mam tu wspaniały asortyment. Kamienie lecznicze, wisiory odpędzające złe duchy, maści na poprawienie urody, których ty naturalnie nie potrzebujesz... - to była prawda. Młodzieniec nawet jak na elfa był bardzo przystojny. No cóż, w końcu wychował się w Dol Blathanna. -... eliksiry miłości. Jesteś w wieku, w którym chyba szuka się miłości, prawda? - kupiec wyszczerzył zęby najbardziej jak mógł w niby szczerym uśmiechu. - Mam tutaj coś specjalnego, spójrz. - wziął do swojej delikatnej ręki złoty wisiorek w kształcie serca. Obrócił go kilka razy w palcach, a w końcu go otworzył. Była tam mała, czysta karteczka. - Posłuchaj mnie. Jeżeli na tej kartce zapiszesz imię swojej ukochanej, ona nigdy cię nie zdradzi gdy będziesz w podróży. Bardzo przydatne, zwłaszcza dla młodych żołnierzy... i łowców, bo na takiego mi wyglądasz. Bardzo popularne. Tanio, dla Ciebie młodzieńcze specjalna cena tylko pięćdziesiąt koron. To co bierzesz? Gorąco polecam, stu procentowe działanie!
    - Ja jednak podziękuję... po pierwsze jeżeli to ustrojstwo w ogóle działa, w co wątpię, to byłoby to trzymanie kobiety na smyczy, a powinna być wolna... no przynajmniej czasami. A po drugie ja wcale nie szukam miłości. Zatem dowiedzenia, życzę, aby pan tego dużo sprzedał. - po tych słowach elf oddalił się w poszukiwaniu jakiegoś sklepu, gdzie mógłby oddać skórę i wymienić ją na pieniądze. W końcu znalazł sklep, na którego wystawie znajdowały się wypchane zwierzęta, a pod sufitem wisiało kilka skór. Zajęczych tam nie było, bo wielkie trofeum to to nie jest, ale cóż. Na rękawiczki się nada. Zostawił Narwaną, przed sklepikiem i otworzył drzwi. Dzwonek umieszczony nad nimi zadzwonił. Po chwili za ladą pojawił się starszy, łysy człowiek, który nie miał już kilku zębów. Miał na sobie żółtą koszulę, na niej popielatą marynarkę i spodnie tego samego koloru. Chciał chyba wyglądać elegancko, ale niezbyt mu się to udało.
    - W czym mogę pomóc młody człowieku?
    - Chciałbym sprzedać skórę z zająca... niestety mam tylko jedną.
    - Jak to mówią lepszy rydz niż nic. Pokaż ją. - elf wyłożył skórę na ladę, a starzec zaczął ją starannie oglądać i mruczeć coś pod nosem. Wodził po niej palcami po obu stronach i nawet na nią nie spojrzał - ...hm...całkiem miękka...niezbyt tłusta...przedziurawiona na szyi... niezły strzał...cały tułów można przerobić... będzie na lekkie jesienne rękawiczki dla jakiejś pięknej pani... można wszyć po jednym agacie i będą całkiem niezłe... - poprawił okulary na nosie i spojrzał w końcu na skórę - ...brązowo-brunatna... pasuje do wielu innych kolorów... - spojrzał na elfa - Szkoda, że tylko jedna. Zazwyczaj za skórę z zająca daję pięć koron... ale tobie dam dziesięć. - wyjął z kieszeni marynarki sakiewkę i wysypał na ladę kilka monet - Są twoje. Jak byś miał coś jeszcze to przynieś, może dobijemy jeszcze jakiegoś targu.
    Elf podziękował i wyszedł. Na szczęście nikt nie miał ochoty, aby porwać Narwaną więc wziął ją i skierował się w głąb uliczki aby poszukać jakiegoś noclegu. Zaszedł do pewnej karczmy już pod wieczór. W środku panowały kompletne pustki, tylko kilku wieśniaków upijało się do niemożliwości. Łowca podszedł do karczmarza.
    - Ile karczmarzu chcesz za pokój na jedną noc?
    - Siedem koron.
    - A za przegrodę dla konia w stajni?
    - Trzy.
    - A ile kosztuje kolacja?
    - Cztery korony. - elf przeliczył to co miał. Miał siedemnaście.
    - No dobrze biorę. - wręczył karczmarzowi czternaście koron.
    - Proszę zatem za mną. Poprowadził go korytarzem do wielkiego przedpokoju. Z niego były drzwi do około dziesięciu pomieszczeń. Wskazał elfowi pierwsze drzwi i powiedział mu, że tutaj może spać. - Wejście do stajni jest z tyłu karczmy, a kolację możesz dostać w jadalni. - Elf podziękował i wyszedł po Narwaną. Wziął ją i obszedł karczmę dookoła. Rzeczywiście znalazł całkiem dużą furtę i wprowadził tam klacz. Przywiązał ją w jednej z zagród i udał się do jadalni. Tutaj nic się nie zmieniło. Tyle tylko, że jeden z pijanych chłopów spadł na ziemię. Elf usiadł przy jednym ze stołów. Po chwili podeszła do niego młoda dziewczyna, wyglądająca na córkę karczmarza. Była może w wieku elfa, może trochę starsza. Jednak już wiele razy wzięto elfa za starszego niż jest. Bo wyglądał na nieco starszego. Dziewczyna położyła przed nim talerz z pieczenią, kilka kromek chleba i kufel z wodą. Taki był standard. Elf zauważył, że dziewczyna była bardzo ładna. Złociste, proste włosy opadały jej prawie do pasa, błękitne oczy świdrowały elfa, a w dekolcie widać już było wypukłości. Uśmiechnęła się do niego, a on odwzajemnił gest. Po kilku sekundach odeszła na zaplecze, a elf zajął się jedzeniem. Smakowało całkiem nie źle. Gdy był mniej więcej w połowie pieczeni usłyszał słowa jednego z pijaków
    - A ty dukouchy...szeko tu szukasz? Chszesz w łep? - młodzieniec puścił tę uwagę mimo uszu. - Ej! Nie szyszysz jak to ciepie godom? - ruszył w stronę elfa bardzo chwiejnym krokiem. Łowca jednak nadal starał się nie zwracać na niego uwagi. Wtedy do rozmowy włączył się drugi
    - To pszesz te ucha. Obetnijmy je to mosze zasznie słysześ. - Pierwszy pijak już podszedł do elfa
    - Wstań sk*****!
    - Nie obrażaj mojej matki. - opowiedział elf spokojnie
    - So sześ powiedzioł sk*****?
    - Powiedziałem abyś nie obrażał mojej matki kacapie. - odrzekł łowca spokojnym tonem.
    - Kacapie?! Jusz ja cie nausze szasunku dla starszych! - i zamachnął się potężnie. Elf zrobił prawą nogą krok do tyłu. Pijak przeleciał obok niego z hukiem i zatrzymał się dopiero na ścianie. Drugi w odwecie chciał zrobić to samo. Jednak trochę mądrzej. Podniósł rękę i zamachnął się z pałką. Elf zdążył złapać dłoń i wygiąć ją do tyłu. Pijak jęknął i zaczął krzyczeć. W tym momencie do sali wpadł karczmarz i jego córka. Zobaczyli jak elf trzyma jednego z pijaków. Karczmarz zamachnął się swoją pałką i rzucił w stronę elfa. Łowca już myślał, że oberwie, jednak pałka przeleciała mu tuż obok ucha i uderzyła w twarz pierwszego napastnika, który już się pozbierał i chciał podejść elfa od tyłu. Elf wiedząc, że karczmarz nie jest przeciwko niemu wypchnął pijaka, którego trzymał, na ulicę.
    - Nic Ci nie jest? - dziewczyna podbiegła do niego i spojrzała na niego niepewnie
    - W porządku. Jakoś dałem radę. Dziękuję za pomoc - zwrócił się do karczmarza.
    - Nie ma za co. Oni zazwyczaj jak popiją to rozrabiają, jutro rano przyjdą Cię przepraszać. A nie mogę zabronić im wchodzić bo to jedyni klienci.
    - Jutro rano już mnie tu nie będzie. Ruszam dalej w drogę. Ale wiedz karczmarzu, że masz jeszcze jednego stałego klienta. Wpadnę, jak tylko znajdę się w Vengerberu.
    - Miło nam to słyszeć - elf spojrzał ukradkiem na dziewczynę. Uśmiechnęła się. - Jestem Coragon. - karczmarz podszedł do elfa i wyciągnął rękę
    - Phil - elf uścisnął dłoń - Phil von Roden. Z Dol Blathanna.
    - Zatem Philu, dokończ kolację i wyśpij się skoro jutro ruszasz w drogę. Będziemy Ciebie wyczekiwać.
    Phil ukłonił się i wrócił do pieczeni. Kilka minut później już zjadł i udał się do pokoju. Był on raczej skromny. Łóżko, szafa stojąca i powycierany dywanik. Elf położył się i usnął.
    Następnego ranka wyruszył z Vengerbergu, wcześniej zjadając śniadanie na koszt karczmarza. Pożegnał się z nim i wyruszył w dalszą drogę. Tym razem nie spoglądał nawet na stragany bo z trzema koronami niewiele mógł zdziałać. "Przydałoby się ubić ze dwie sarny... a może nawet jelenia.. poroże też jest cenne". Pogoda trochę się pogorszyła i nie było już tak ciepło. Tyle, że teraz jechał olbrzymim traktem z Vengerbergu do Koprzywnicy. Teraz liczył po drodze spotkać więcej wozów. I sprawdziło się to. Już po kilkudziesięciu minutach jazdy natrafił na dwa wozy kupieckie. Dalej było jeszcze kilka koni, trzej rycerze bez żadnych barw. Udało mu się minąć ten pochód i w końcu dojechał do granicy Lyrii. Szybko go sprawdzono i jako, że nie miał żadnych przedmiotów zabronionych bez problemów puszczono go dalej. Chyba słynna maksyma, o nie wzbudzaniu podejrzeń działała. Za granicą dalej traktem. Liczył, że mniej więcej za dzień trafi do Koprzywnicy. Koło południa spotkał jednak kolumnę wozów. Wszystkie zapakowane były po same brzegi. Elf zrównał się z ostatnim woźnicą.
    - Dokąd zmierzacie? I co wieziecie?
    - A co ty straż graniczna chłopcze? - zaśmiał sie woźnica - Jedziemy do stolicy z towarami. Małą ona nie jest i dlatego tyle tego. A ty dokąd zmierzasz?
    - Do Koprzywnicy. Pozwiedzać świat.
    - No tak... młody jesteś to i świata ciekawy. A niekoniecznie jest on taki jakim go sobie wyobrażasz.
    - Możliwe... - odrzekł elf...
    - Wskoczyłbyś tu do mnie, pogadamy sobie bo jako jedyny jadę sam, a i twój koń odpocznie. Mam się zatrzymać?
    - Nie trzeba - powiedział Phil i zręczni przeskoczył na wóz. Po chwili siedział już obok woźnicy, a Narwana dreptała kilka kroków z tyłu. - Phil jestem.
    - Witaj. Mnie wołają Karon. Długo już jedziesz?
    - Kilka dni. Dziś rano wyruszyłem z Vengerbergu. - elf specjalnie niezbyt ukrywał swoją podróż "aby nie wzbudzać podejrzeń". A wy?
    - A my to taka zbieranina. Spiknęliśmy się ze dwa dni temu i teraz podróżujemy razem. W kupie raźniej. I może bandyci się przestraszą tylu ludzi. - Spojrzał na niebo - Pogoda się pogorszyła. Jak nic za dwa dni będzie lać....
    Rozmawiali długi czas. Kupiec opowiadał elfowi o tym co się dzieje na świecie, o polityce, romansach, o swojej żonie, która na pewno go zdradziła. Phil nie pytał czy on pozostał jej dłużny, bo o tych sprawach mężczyźni po prostu nie rozmawiają. Potem narzekał na młodzież i Nilfgaardczyków.
    - Mówię Ci będzie wojna jak nic. I to wcześniej niż się spodziewamy.
    - Ale przecież, traktat pokojowy został podpisany.
    - A tam traktat. Sratatata. Wygoniliśmy ich za Jarugę i niby wygraliśmy wojnę. A tak naprawdę to Nilfgaard tylko zbierał siły. Mają młodych świetnie wyszkolonych oficerów, którzy nie popełnią błędów swoich poprzedników. I zaczną od Cintry mówię Ci.
    - Dlaczego?
    - Bo to bogate miasto. No i odebraliśmy im je. A to miasto zapewnia całkiem niezłą siłę. Jeżeli zaś królowa Calanthe nadal nie będzie chciała zgodzić się na ślub małej Cirilli z Emyrem van Emreisem to wojna gotowa. A w dodatku on uważa się chyba za ten cały Biały Płomień, czy jak to się tam nazywało.
    - Ten z Aen Ithlinnespeath?
    - Z czego?
    - Z przepowiedni Itliny.
    - A tak. Zapomniałem, że wy elfy macie swoje nazwy....
    Powoli zaczęło się ściemniać.
    - Przenocuj z nami co? Jedzenie za darmo i stres mniejszy.
    - Z chęcią.
    Wozy ustawiły się w okrąg, a w jego środku rozpalono ognisko. Upieczono dwa dziki i dwie sarny, aby wszyscy mogli się nasycić. Było trochę burzliwych rozmów, które z czasem stały się sprośne jak to zawsze bywa w męskim towarzystwie. Potem wszyscy pokładli się spać.
    Rano Phil obudził się jako jeden z pierwszych. Nie czekał na nic tylko wyruszył w dalszą drogę. Przebiegała spokojnie, tylko że zrobiło się trochę zimniej. Pod wieczór dojechał do Koprzywnicy. Jednak przejażdżka z woźnicą nieco go opóźniła. Niestety nie zdążył nic upolować i był bez pieniędzy więc musiał przespać się poza miastem, pod jednym z drzew. Uwielbiał las. Był dla niego wszystkim i nie potrzebował nic innego. Wyspał się porządnie i ruszył dalej. Teraz nie było już traktu, gdyż kierował się na wzgórze Sodden. Miejsce największej bitwy w tych krainach. Bitwy która miała zdruzgotać państwa północy. A jednak zdruzgotała Nilfgaard. Głownie dzięki pomocy magów. Niestety wielu z nich poległo. Phil chciał zobaczyć to miejsce jak i ich groby. Jechał gęstym lasem. Pomyślał, że dobrze by było upolować coś. Ale postanowił zostawić to na wieczór. I rzeczywiście wieczorem widział już szczyt wzgórza. Ale zwiedzanie zostawił na poranek. Teraz postanowił polować. Księżyca nie było widać. Było pochmurno i chłodno i faktycznie zbierało się na deszcz. Jednak elfowi udało znaleźć się sarnę. Zestrzelił ją i wypatroszył. Wziął tylko skórę bo takie małe różki do niczego się nie nadawały. Choć słyszał, że gdzieniegdzie robią z nich pierścionki. Upiekł ją. Jak tylko ją zjadł zaczęło padać. "Wspaniale" pomyślał nieco zdołowany. Ale mógł być jeszcze głodny. Na szczęście pod drzewem nie padało tak mocno, ale po chwili i z liści zaczęły spływać wielkie krople wody. Deszcz był naprawdę silny. Zapowiadała się nieprzespana noc. I taka była. Większą jej część spędził na uspokajaniu Narwany, która bała się błysków i grzmotów. Długo po północy usnął na kilka godzin. Nie spał ich więcej niż cztery. Za to rano pogoda była wspaniała. Przejrzyste niebo, mocne słońce krople wody na liściach i trawie. Słońce dopiero wschodziło więc krople błyszczały niesamowicie pięknie. Elf wspiął się na wzgórze. Widok stąd był wspaniały. Lekka poranna mgła sprawiała wrażenie zanikającego świata. A na wzgórzu stały groby. Kamienne obeliski z wyrytymi nazwiskami. Phil zapamiętał jedno. Triss Merigold.
    Pod wieczór był już w Tigg. Nie spał jednak w mieście, gdyż chciał zaoszczędzić pieniądze na kilkudniowy nocleg w Cintrze i drogę powrotną. Postanowił udać się na całonocne polowanie. Miał niewiarygodne szczęście. Udało mu się znaleźć polankę, na której pasła się sarna i jeleń. Sarna jak na złość stała bliżej. Ale z drugiej strony było błoto i cięższego jelenia, będzie łatwiej wytropić. Ustrzelił więc sarnę, która padła na miejscu. Jeleń natychmiast zerwał się do biegu. Elf jednak nie podążył za nim. Najważniejsza była ostrożność. Zapamiętał gdzie zostawia sarnę i bardzo powoli poszedł za jeleniem. Po jakiejś godzinie w końcu go zobaczył. Był zmęczony i wybrudzony błotem. Stał już trochę spokojniej skubiąc trawę. Elf celował w zetknięcie się szyi z tułowiem. Gdyby miał lepszy łuk nie byłoby to problemem, a tak musiał strzelać po łuku. Wziął poprawkę pod wiatr. Nie chciał trafić gdzie indziej, gdyż z tułowia można zrobić dywanik, a z szyi, głowy i poroża, całkiem ładne trofeum do powieszenia na ścianę. Wystrzelił. Udało się. Trzeba przyznać, że szczęście mijało się u niego z pechem. Najpierw był mocny deszcz, jednak dzięki temu mógł wytropić jelenia. Teraz tylko zastanawiał się jak dotaszczy go do Narwany. W końcu pozostało jedyne rozwiązanie. Ciągnąć go po ziemi i i robić przerwy co jakiś czas. Okaz był naprawdę niezły. Za samo poroże powinien dostać około siedemdziesięciu sztuk złota. A miał jeszcze skórę i skórę sarny. Czuł, że niedługo wzbogaci się o blisko sto pięćdziesiąt koron. Wypatroszył jelenia. Tyle mięsa ile mógł nabił na kije i miał zamiar się nimi pożywić. Ale jeleń i sarna na jednego elfa?! Który w dodatku tak mało jadł? Trudno dzisiaj się obje dość mocno. Wrócił po sarnę i przyciągnąwszy ją obdarł ją ze skóry. Teraz jeszcze zostało tylko wyrwać jeleniowi poroże. Przyłożył w tym celu mały nóż, który miał zawsze przy sobie, do sklepienia czaszki i jednego z rogów. Włożył go najgłębiej ile dał rady i ciągnąc mocno za róg wygiął nóż. Po chwili coś chrupnęło i Phi odleciał na kilkadziesiąt centymetrów od czaszki. Podobnie było przy drugim rogu. W końcu przytroczył je do kulbaki. Podobnie zrobił ze skórami. Teraz zastanawiał się co może zrobić z mięsem które mu zostało. A było tego ze trzysta pięćdziesiąt kilogramów. Na szczęście Narwana ważyła więcej, a koń może udźwignąć siedmiokrotność swojej wagi. Tylko co zrobić, aby to nie spadło? Postanowił w końcu obwiązać mięso lejcami a sam iść z boku. I tak zrobił. Pożywił się i poszedł spać. Następnego dnia wszedł do Tigg, aby sprzedać to co zdobył. Jednak wcześniej znalazł jakąś wodę stojącą i porządnie przepłukał zabłocone skóry. Musiał poczekać aż wyschną, więc do miasta wszedł po południu. Za poroże i skóry dostał równe sto pięćdziesiąt koron. Za mięso otrzymał dwieście koron. Postanowił nie spać w mieście tylko wyruszyć wieczorem, tak aby w południe dotrzeć do Cintry. Wyruszył więc nocą z nadzieją, że nie spotka, żadnych bandytów. Jednak wiedzieli oni, że w nocy niewiele zdziałają więc podróż minęła spokojnie. W południe następnego dnia wjeżdżał w bramy Cintry. Poczuł niesamowitą radość. Udało się. W końcu. Po ośmiu dniach jazdy dotarł tam gdzie go wysłano. Znalazł karczmę dość blisko zamku Lwicy z Cintry, aby móc obserwować od czasu do czasu Cirillę. Niewiele o niej wiedział. Wiedział jednak na tyle, dużo, że był ciekaw ją zobaczyć. W końcu znalazł karczmę.
    - Karczmarzu, chciałbym wynająć pokój oraz zagrodę w stajni.. na siedem dni.
    - To będzie sto koron.
    - A ze śniadaniem i kolacją?
    - Sto siedemdziesiąt sześć.
    - Sto pięćdziesiąt i jestem.
    - Sto sześćdziesiąt pięć.
    - Zgoda. - I tym sposobem elf został ze sto dziewięćdziesięcioma koronami. Powinno wystarczyć na małe zakupy i drogę powrotną. Pierwszego dnia odpuścił sobie badanie terenu i postanowił się porządnie wyspać. Szukaniem Cirilli zajmie się następnego dnia. Przespał się na dość wygodnym łóżku, a rano wyruszył w miasto. Cintra naprawdę była wspaniałym miastem. Może nie wyróżniało się ludnością, ale na pewno wyróżniało się architekturą. Zresztą nie wzięło się to znikąd. W końcu Cintra została zbudowana na ruinach elfickiego miasta. Jak i wiele innych. Dwieście lat temu, gdy elfy odeszły niszczyły swoje budynki, bo wiedziały, że już nigdy nie wrócą. Domy były dosyć wysoki i chude, wydawało się, że ściskają się wzajemnie. Część z nich porośnięta była bluszczem. Po przechadzce jedną z owych uliczek Phil dotarł do rynku. Wielu kupców porozkładało swoje stragany na wielkiej przestrzeni. Zaś w kamienicach otaczających rynek, znajdowały się sklepy zamożniejszych sprzedawców. Na środku wykopana była studnia, z której spragnieni podróżnicy mogli śmiało zaczerpnąć wody. Krążyła plotka, że studnia pobiera i filtruje wodę z samego morza. Kilka tawern i karczm wzbudzało niemały podziw. W niektórych można było nawet usiąść na balkoniku i spoglądać na ludzi krzątających się po rynku. Teraz elf udał się do ogrodów królewskich. Na szczęście były one otwarte dla zwiedzających. Phil postanowił kręcić się tam tak długo dopóki nie zobaczy Lwiątka. A kręcił się przy ogrodzeniu oddzielającym część tylko dla upoważnionych. Wiedział, że może wzbudzić podejrzenia kręcąc się kilka godzin obok królewskiego parku, ale stwierdził, że ludzie właśnie tak postrzegają elfów. Zapatrzone w roślinność. I takie chciał sprawiać wrażanie. Nie musiał się do tego za bardzo przykładać gdyż ogrody były zaplanowane naprawdę doskonale. Sztuczna rzeka zwieńczona wodospadem, wysokie drzewa dające cień, czy krzewy obcięte w ciekawe kształty naprawdę urzekały. Po kilku godzinach cierpliwość elfa została nagrodzona. Z drugiej strony ogrodzenia doszedł go głos
    - Tylko się nie zgub moja mała!
    - Dobrze babciu Calanhte. - elf spojrzał między gałęziami jednego z drzew. W królewskim ogrodzie stała potężnie zbudowana kobieta, z diademem na głowie. Dookoła niej biegały służki. A przed nimi biegała malutka Cirilla. Po tajemniczym zaginięciu Pavetty i jej męża, jedyna spadkobierczyni tronu Cintry. Miała jasne włosy, prawie że białe. Była bardzo drobna, a na oko miała może koło pięciu lat. Chodziła już pewnym krokiem, wąchała kwiatki i cieszyła się tym, czym cieszą się dziewczynki w jej wieku. Phil poobserwował ją jeszcze przez chwilę i stwierdził, że księżniczka ma się bardzo dobrze. Wrócił do karczmy, spożył kolację i ułożył się spać. Następnego dnia powtórzył czynność i znów księżniczka bawiła się w ogrodzie o tej samej porze. Elf stwierdził, że zawsze bawi się po obiedzie i nazajutrz postanowił udać się do ogrodów właśnie o tej porze. Kolejnego dnia rano posiedział w karczmie i postanowił udać się na zakupy. Włóczył się chwilę między straganami. Kupił zaledwie dwa jabłka i zjadł ziemniaka, pieczonego przez jednego z handlarzy. Potem odwiedził sklep z łukami, niestety jego skromne fundusze nie wystarczyły na choć odrobinę lepszy łuk, który opłacałoby się kupić. "No nic, może jak wrócę z dobrze wykonanym zadaniem to dostanę lepszy...". Udał się do ogrodu, tym razem jednak z drugiej strony. Znów zobaczył Lwiątko całe i zdrowe i wszystko wskazywało na to, że misja przebiegnie spokojnie, a Phil zdobędzie trochę więcej zaufania u Enid. Popatrzył jakiś czas na Cirillę... "Zirael... Jaskółka... ciekawe jak będzie władać Cintrą... kto wie, może ofiaruje elfom trochę więcej terenu i swobody? W końcu to elfickie imię." Znów poszedł spać do karczmy. Trzeba przyznać, że jedzenie było całkiem niezłe. Tyle, że ten karczmarz nie miał ładnej córki. Phil nie spał zbyt spokojnie. W środku nocy obudził się. Szybko zorientował się, że to jednak COŚ go obudziło. Obudziły go krzyki. Wyjrzał przez okno. Cintra płonęła. Ludzie biegali w popłochu po mieście, a gdzieniegdzie pojawiały się czarne postacie, palące i grabiące to piękne miasto. Zdecydowanie więcej grabili niż niszczyli, widać atak miał przejść szybko. "Nilfgaard! Ale jak oni dostali się tu niepostrzeżenie?" Instynktownie wyskoczył przez okno, które było może metr nad ziemią i zaczął biec w kierunku zamku. Szybko wpadł do pałacowego ogrodu. Ogrodzenie było całkiem zniszczone. Widział jednak rycerzy z Cintry, którzy wyrwani ze snu w środku nocy rozpaczliwie odpierali atak najeźdźców. Elf postanowił nieco im pomóc. Wziął swój łuk, który zdecydowanie nie nadawał się do zabijania żołnierzy i napiął strzałę. Udało mu się zranić jednego. Kilka strzał minęło się z celami, ale tylko dlatego, że Phil tak naprawdę rozglądał się za Ciri. I w końcu zobaczył ją wiezioną na koniu, przez jednego z czarno ubranych rycerzy. Elf wiedział, że strzała nie doleci. Jednak jeździec po wjechaniu między palące się budynki oberwał spadającą belką. Upadł razem z koniem i Cirillą. Elf zaczął biec w tym kierunku. "Jeżeli ją uratuję, będzie musiała w przyszłości dać więcej ziemi elfom, a i zdobędę uznanie wśród swoich." I wtedy zobaczył jego. Na czarnym koniu, którego kopyta wydawały się płonąć, silnie umięśnionym. W czarnej zbroi, wypolerowanej, w której odbijały się płomienie. W hełmie osłaniającym całą głowę i twarz. I te upiorne skrzydła umieszczone na hełmie. Wyglądały jakby żyły własnym życiem. Unosił się nad bezbronną Cirillą jak demon mający wstąpić w ofiarę. Phil nie mógł do tego dopuścić. Napiął łuk. I wtedy zapanowała ciemność...

    ...::: Jakiś czas później :::...


    Elf obudził się. Przez chwilę miał ciemno w oczach. Po chwili jednak zdołał już zobaczyć coś. Zobaczył, że był w malutkim pomieszczeniu z kratami w małym oknie. Spróbował otworzyć drzwi. Były zamknięte. Krzyknął więc w kratkę.
    - HALO!!! JEST TAM KTO?
    - Ciiichhhooo... jest środek nocy... - rozległo się nagle z sąsiedniej celi. - Uuuaaaaaa... a więc nasz ptaszek w końcu się obudził? Długo spałeś...
    - Ile? - zapytał Phil
    - Około tygodnia. Ale dzięki temu mogłem podebrać Ci jedzenie.
    - Gdzie ja jestem?
    - W Amarillo.
    - Amarillo... Amarillo... AMARILLO?!
    - No tak... ale nie wiem dlaczego tak się gorączkujesz...
    - Przecież to jest w Nilfgaardzie!
    - A ty jesteś Nilfgaardzkim więźniem. Jak ja. Idź już spać. - głos więcej się nie odezwał, a Phil powoli zaczął sobie wszystko przypominać. Atak na Cintrę i swoją misję. Zauważył też, że nie ma broni ani pieniędzy i jak znał życie również konia. I był Nilfgaardzkim więźniem. A jeżeli w krajach północy nikt nie wiedział o ataku na Cintrę? Na pewno wiedzieli... minął już tydzień...
    Początkowo elf trochę się załamał. Jednak z czasem postanowił, że pewnego dnia ucieknie i dokończy misję. I tak zaczął co wieczór ćwiczyć i rozwijać swoje mięśnie i psychikę, aby być przygotowanym do ucieczki. W więzieniu przynajmniej miał ciepło w czasie zimy i pożywienie trzy razy dziennie. Było ono skromne to prawda, ale jednak. Siedemnaste urodziny spędził w więzieniu. Zresztą zaliczył je tylko orientacyjnie bo trochę pogubił się w czasie. Orientował się mniej więcej w porze roku. Dni mijały, aż w końcu przyszła druga jesień spędzana w murach więzienia. Pewnego pochmurnego dnia drzwi celi otworzyły się i weszło do niej dwóch zbrojnych. Bez słowa wzięli Phila i zaciągnęli na dziedziniec. Tam stał wielki wóz, w którym siedziało już kilku więźniów. Byli oni dość dobrze zbudowani i silni, bo tylko tacy zdołali przeżyć w Amarillo. Dowiedzieli się, że jadą w stronę Veldy, gdzie mieli zostać wrzuceni do wody w skórzanych workach. Po drodze nie próżnowali jednak. Było ich jedenastu. Strażników zaś piętnastu. I to silnie uzbrojeni. Ktoś napomknął o ucieczce jednak szybko trafiły do niego, że nie dość, że strażników jest więcej, to jeszcze są dobrze uzbrojeni. Po kilku godzinach jazdy nagle młody człowiek wykrzyknął
    - Ale przecież wcale nie musimy ich pokonywać!
    - Co tam chcesz?
    - Wystarczy, że otworzymy drzwi i uciekniemy w las. Są w ciężkich zbrojach, nie dogonią nas!
    - Są też na koniach... - powiedział mały człowieczek siedzący w kącie
    - Las jest gęsty i gęścieje z każdym metrem. Jeszcze chwilę, a koń nie przedrze się między gałęziami. A co dopiero z jeźdźcem.
    - No dobrze, ale jak wywalimy wóz?
    - To już nie jest trudne - Phil włączył się do rozmowy - Wystarczy, że wszyscy staniemy po jednej stronie wozu i uderzymy mocno w przeciwległą ścianę. Albo wóz się przewróci, albo koła się połamią. Albo jedno i drugie.
    - No to nie czekajmy. Ustawiajmy się!
    - A co po ucieczce?
    - Każdy dba o siebie!
    - Zgoda! - głosy poparcia potoczyły się wśród niedoszłych uciekinierów. Ustawili się wszyscy przy jednej ścianie i zaczęli odliczanie.
    - Na trzy... raz...dwa....TRZY!!!
    Strażnicy jadący obok wozu nieco się zdziwili. Najpierw wóz przechylił się nieco w jedną stronę, a potem wywalił się w drugą. Jedna ze ścian odleciała i wszyscy eskortowani zaczęli uciekać w las. Phil nie czekał. Zniknął natychmiast w leśnym poszyciu i miał chyba największe szanse na ucieczkę, gdyż wiele razy już ukrywał się w lesie przy pułapkach czy w oczekiwaniu na jakieś zwierzę. Szybko biegł jak najbardziej w głąb lasu. Chciał dotrzeć do Veldy, aby nieco zorientować się w terenie. Wiedział, że jeżeli dojdzie w okolice strumienia rzeki na północny wschód będzie miał Toussaint, które jak uważał nie było w stanie wojny z żadnym państwem. Podobno Toussaint nie miało wcale Armii. Jak zauważył w nocy robiło się coraz zimniej. A jego obdarte ubranie nie dawało za wiele ciepła. Niewiele zmienił się przez ten rok. Może trochę zmężniał i spoważniał. I na pewno zmieniło się jego nastawienie do świata. Świat już nie był dla niego idealny. Postanowił zając się węzami na przegubach. Znalazł ostry kamień i po kilku minutach udało mu się przeciąć więzy. Potem nasłuchiwał. Dookoła panowała cisza. Trzy razy została ona przerwana okrzykami więźniów. Potem przez długi czas cisza, dopóki nie odezwały się głosy żołnierzy, którzy najwyraźniej zsiedli z koni. Phil zaczął więc uciekać co nieco go rozgrzało. Zaczął biec na oślep byle dalej od żołnierzy. W pewnym momencie potknął się o jakieś pnącze i poleciał w błoto. Ostatnio było bardzo deszczowo wiec było dość rozmokłe. Wysmarował się cały od stóp do głów, nie pomijając twarzy. "Cholera... ale przynajmniej to dodatkowy kamuflaż" Biegł dalej. Gdy był pewien, że rycerze nie dogonią go zwolnił i znów zaczął nasłuchiwać. I wtedy usłyszał to co chciał usłyszeć. Delikatny szmer wody. Ruszył w tym kierunku. W końcu doszedł do rzeki. Znajdował się dokładnie u stóp Mag Turga. Stąd pozostało tylko określić kierunek i podążać nim, aż do Toussaint. Przenocował już po przeprawieniu się przez wodę. Rano obrał kierunek i ruszył twardo w lini prostej. Po kilkunastu dniach drogi zaczął sypać śnieg. Sypał nieprzerwanie, a jego warstwa byłą coraz głębsza. W tych terenach zimy były ostre. Tonął w zaspach po pas. Był głodny i spragniony. Od trzech tygodni nic nie miał. Jeżeli wierzyć testom magów to zostało mu około dwóch tygodni życia w takich warunkach. Około dwóch dni później nieci już zmrożonymi oczami zobaczył zaśnieżoną farmę. "Raz kozie śmierć" pomyślał i postanowił zajrzeć do środka. Chwiejnym krokiem doszedł do drzwi, zapukał... i zemdlał.

    ***


    Otworzył oczy. Zobaczył drewniany sufit. Przechylił głowę. Obok przy stole siedział mężczyzna wyglądający na rolnika. Po drugiej stronie jego żona z córką. Trochę dalej biegała gromadka małych chłopców. Phil czuł ciepło. Leżał pod grubym futrem, a w kominku trzaskały płomienie. Czuł też głód i kompletny brak sił. Nie mógł nawet ruszyć palcem u ręki. Przy stole toczyła się zażarta rozmowa.
    - To jest zbieg! Może być niebezpieczny!
    - Ale jak dotąd nic złego nam nie zrobił. - teraz odezwała się żona mężczyzny - A poza tym to jeniec wojenny. A wiesz, że tacy to po prostu ludzie z ulicy.
    - Ale on przeżył! A to znaczy, że jest silny, zrozum chcę dobrze dla nas!
    - Tato... - odezwała się dziewczyna słodkim głosem - pozwól mu zostać... jest tak przystojny, że nie może być zły...
    - Ech... Sabino... jeszcze się zastanowię. A jeżeli on naprawdę jest groźny?
    Teraz elf postanowił pokazać, że już nie śpi. Chciał coś powiedzieć jednak gardło odmówiło mu posłuszeństwa. Zdążył tylko zakaszleć. Rodzina spojrzała na niego a on wtedy zdołał wydusić z siebie
    - Może i mogę być groźny, ale wiedz, że tobie i twojej rodzinie nic nie grozi z mojej strony. Pomogliście mi i jestem Wam dłużny. - zakaszlał ponownie. Dziewczyna podbiegła do niego i powiedziała
    - A widzisz tato? Mówiłam. Nic panu nie jest?
    - Chyba nie.... tylko strasznie słaby jestem...
    - A co ze strażami? Nie będą cię szukać?
    - A ile czasu byłem nieprzytomny?
    - Około dwóch tygodni.
    - No to nie powinni. Będą pewni, że umarłem. A tak właściwie... skąd wiecie, że jestem zbiegiem?
    - Byli tu, ze trzy tygodnie temu i pytali.
    - Obiecuję, że jak tylko dojdę do stanu używalności, to zniknę z waszego życia i nigdy się już nie pojawię. Ruszam do Toussaint, tam straż na mnie nie poluje. Jak tam dojdę?
    - Najlepiej pójdź do Caravista, a potem traktem to Toussaint. Tylko uważaj na straż.
    - Dziękuję.
    Przez pewien okres Phil był pod opieką rodziny z farmy. Był rad, że zdecydował się wtedy zapukać. "Z każdego szamba da się wyjść!" Tej myśli się trzymał. I z każdym dniem czuł się coraz lepiej...

    ...::: W tym samym czasie gdzieś w okolicach Dol Blathanna :::...


    - Ile czasu minęło od kiedy go wysłaliśmy?
    - Rok i pół Stokrotko.
    - Czy to było w czasie kiedy zaatakowano Cintrę?
    - Tak pani.
    - A zatem... kolejny młody nie żyje... niedobrze, niedobrze...
    - Idę zapisać to w aktach.
    - Idź, idź...

    ...::: Szybki powrót :::...

    Phil dowiedział się, że na zimę Nilfgaard cofnął ofensywę za góry Amell. Polityka niewiele się zmieniła. Nilfgaard podobno miał zaatakować wiosną. Dowiedział się jeszcze kilku rzecz, do których nie przywiązywał na razie większej uwagi. W końcu pewnego dnia, gdy śniegi zaczynały już topnieć był w stanie wyruszyć do Toussaint. Dotarł bez większych problemów do Caravista. Ominął miasto jednak szerokim łukiem i chciał wejść na trakt z lasu. Nadal nie miał żadnych pieniędzy, więc miał nadzieję, że uda mu się dołączyć do jakiegoś kupca lub zwyczajnie podróżujących. Na szczęście tym razem los się do niego uśmiechnął. Dojechał spokojnie do królestwa Toussaint. Podróż trwała dwa tygodnie i śnieg już stopniał. Gdy byli w okolicach Beauclair, elf podziękował za podwiezienie. Otrzymał łuk i strzały, a wtedy w jego serce wstąpiła nowa nadzieja. Upolował kilka saren i stać go było na nowe ubranie oraz kolejne strzały. Po kilku następnych postanowił kupić trochę prowiantu i ruszyć w stronę Dol Blathanna, aby powiadomić królową, że żyje i o ruchach w Nilfgaardzie, o których się dowiedział. Po ostatnich wydarzeniach miał nadzieję, że teraz pójdzie gładko. W kieszeni miał kilkanaście koron. I chyba pobrzękiwały one zbyt mocno, bo jakieś sześćdziesiąt mil od granicy z Lyrią napadli go bandyci. Zdołał ściągnąć dwóch z dziesięciu, którzy go atakowali. Byli bardzo przezorni. Pierwszego uderzył prawą ręką z pięści w brodę, więc ten obrócił się i upadł na chwilę. Następnie dwóch bandytów w białych koszulach nabiegało na niego od przodu. Cofnął więc prawą rękę do tyłu, przełożył ciężar ciała na prawą nogę, a lewą kopnął zbira, tak że ten przewrócił swojego kamrata. Szybki przeskok na lewą nogę, złapanie piętą równowagi i wysoki wykop prawą nogą w czwartego złodzieja, który chciał zajść elfa od tyło. . Piąty, szósty, siódmy i ósmy namyślali się przez chwilę, po czym zaatakowali razem. Phil stał już pewnie na nogach. Jednak łuk leżał gdzieś obok. Na szczęście na plecach pozostał kołczan, z którego elf mógł wykorzystać strzały. I zrobił z jednej użytek. Wbił ją jednemu ze zbirów pod żebra. Niestety w tym samym momencie jeden z atakujących uderzył go z pięści w prawy policzek. Kolejny cios padł w dolną wargę. Phil poczuł krew na języku. Na chwilę go przyciemniło. W tej chwili dwóch zbirów złapało go za ręce. Gdyby nie to, że innych dwóch im pomogło elf miałby wielkie szansę na ucieczkę. Jednak w końcu sześciu z siedmiu, którzy przeżyli unieruchomiło go, a siódmy opuszczał drewnianą pałkę...
    Gdy elf się obudził była noc. Zauważył, że nie ma ani pieniędzy, ani łuku, ani strzał. Ale między drzewami usłyszał i zobaczył jakiś ruch. Postanowił sprawdzić co lub kto to jest... Lecz to, jest już inna historia...





    Komentarze

    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.




    Ten artykuł skomentowano 0 razy.
    Na stronie wyświetlanych jest 20 komentarzy na raz.


    Pseudonim
    E-mail
    Treść Dostępne tagi: [cytat][/cytat], [url=http://][/url]
    Przepisz poprawnie podane słowa mnustwo orkuw